NA ANTENIE: Reportaż

Rock w krajach egzotycznych

Publikacja: 03.12.2016 g.14:58  Aktualizacja: 05.12.2016 g.15:00
Tłumaczą mi tu, w Radiu satysfakcja, jak komu dobremu, że rock to zjawisko anglosaskie, a ja nie i nie. Błąkam się po całym świecie jak pewien koziołek i jak on szukał Pacanowa, tak ja szukam rock and rolla. Zawędrował Matołek do Chin, skierowałem się tam i ja.

Chiny w latach 60. Pozostawały za Wielkim Murem i zarówno istnienie Beethovena jak i Beatlesów podano tam do oficjalnej wiadomości dopiero z końcem lat 70. Wcześniej najsłynniejszą płytą na tym obszarze był longplay pod angielskim tytułem „Sing Along With Mao” na którym zarejestrowano rozmowy Mao Tse Tunga z towarzyszem Lin Biao.

Oczywiście zanim towarzysz Lin Biao nie został oskarżony o knucie spisku przeciw towarzyszowi Mao, skutkiem czego przypadkowo zginął w katastrofie lotniczej. Na krążku były też rozmowy towarzysza Mao z towarzyszem Czou En-lajem, premierem Chińskiej Republiki Ludowej. Popularnością tej płycie starał się dorównać krążek zawierający tak zwaną operę rewolucyjną pod tytułem „Wschód jest czerwony”, ale oczywiście mu się nie udało.

W nieodległej Japonii rock and roll miał się inaczej, ale też ciekawie. Tu zadziałała technologia i organizacja. Technologia, bo już w połowie lat 60. Na jednego Japończyka przypadało tu 2 i pół płyty gramofonowej, co było bardzo wysokim wynikiem w skali globu. Płyty wydawały koncerny japońsko-amerykańskie jak CBS Sony czy Nippon Columbia i czysto japońskie jak Yamaha, która wydała nawet w Tokio krążek naszej grupy 2 + 1 pod tytułem „Warsaw Nights”. No i japońscy rockanrollowcy wcale nierzadko sprzedawali milionowe nakłady swych płyt. Żeby nie być gołosłownym. W roku 1964 swą pierwszą płytę w nakładzie półtora miliona sprzedał Hauro Mirami. Krążek nosił tytuł „Ozashiki kouta”. A w takim roku 1965 do miliona sprzedanych egzemplarzy doszedł Yuzo Kayama z płytą „Kimto itsumademo”, z tym że uzupełniam, bo Państwo zaraz zaczną dozownic do radia i wytykać mi pomyłkę. Otóż ja, proszę Państwa, wiem doskonale, że Yuzo Kayama naprawdę nie nazywa się Yuzo Kayama, lecz Kosaku Dan, a tylko przybrał sobie taki pseudonim sceniczny. Gdyby jednak – jakimś cudem – te nazwiska nic Państwu nie mówiły, to proszę pamiętać, że nie każdy Japończyk zna nazwisko Zdzisława Sośnicka, a jeszcze mniej obywateli tego kraju potrafi je wymówić bez akcentu. Rock and roll afrykański jest tajemniczy i hybrydowy.

Najsilniej przebijał się na terenie Ghany i Nigerii. To stamtąd pochodzą muzycy grupy Ossibisa, którzy postanowili grać tak zwany african rock. Z tym, ze w Londynie, bo zespół The Comest, z którego wywodził się lider Ossibisa, Teddy Osei, najpierw w rodzinnej Ghanie, a potem w całej zachodniej Afryce osiągnął wszystko, co było na tamtejszym rynku do osiągnięcia. Nigeria to także ojczyzna Feli Ransome, który stworzył odnogę afrykańskiego rocka, zwaną afro beat, jako że twórczo łączył styl amerykańskiego czarnoskórego wokalisty Jamesa Browna z folklorem muzycznym plemienia Yaruba. Może znają Państwo, których z jego głośniejszych przebojów, na przykład „Monkey Banana”? Nie? To nie szkodzi. On pewnie też nie słyszał piosenki „Moja mała blondyneczko”. Poza tym, co muzyk to nowa odmiana afrykańskiego rocka. Ot, King Sunny Ade wylansował styl pod nazwą Juju. I tu – respekt! – jego płyta „Juju Music” rozeszła się w nakładzie dwustutysięcznym. Gdyby Państwu nic nie mówiła nazwa stylu Juju, to nie szkodzi. W Nigerii też mało kto słyszał o disco polo.

Długo by o Afryce, ale nam już spieszno na Kubę, wyspę jak wulkan gorącą, której muzykę popularyzowali na wyścigi Janusz Gniatkowski, Violetta Villas, Tercet Egzotyczny, a także – o czym się mało pamięta – Wojciech Młynarski. Wszak to pan Wojtek śpiewał: „Orkiestra przygrywa skocznego beguina To nie moja wina, że podrywam cię.” A wszak beguine to taniec ludowy z pochodzący z Martyniki, Kuby i pobliskich wysp. I on zawędrował w nasze góralskie lasy, żeby pan Miecio mógł go zadedykować pannie Krysi z turnusu trzeciego „pucio-pucio”. Zawędrował do nas także na festiwal sopocki kubański zespół Los Papines, który nawet śpiewał w języku Mickiewicza, cytuję: „laczecho, laczecho pani taka smutna – bo jej nazieccony wyjechal na festiwal do Sopot”.

To nie jest zjawisko tak dziwne jak by się mogło wydawać, bo z kolei my ogromnie lansowaliśmy polską piosenkę na Kubie. Na festiwalu w Varadero – to taki ichni Sopot – śpiewała Ewa Demarczyk. Czy potrafiła przekonać Kubańczyków do swojej interpretacji wierszy Mirona Białoszewskiego do dziś nie wiadomo. W każdym razie Maryla Rodowicz z tego festiwalu przywiozła piosenkę La Batea i zamieściła ją na swym drugim albumie. Na tym samym, którego stronę B otwierał utwór „Gdy piosenka szła do wojska”, który nieco ową Bateę przyćmił. A szkoda. Ale przecież Czesław Niemen nie poleciał na Kubę, konkretnie na Światowy Festiwal Młodzieży w Hawanie po to by wysłuchać przemówienia towarzysza Castro, skąd. Niemen skomponował na festiwal „Hymn o ojczyźnie”, utwór może nieco mniej znany niż „Dziwny jest ten świat”, ale także ciekawy. No i nasz zespół 2 + 1 odnalazł się w tych klimatach, bo wydał tam singla „La Habana mi Amor”, który jest może mniej znany niż piosenka „Wstawaj, szkoda dnia”, ale nieznacznie mniej.

Poza tym nikt nie musiał u nas lansować anonimowej melodii kubańskiej „Guantanamera”, do której słowa napisał poeta rewolucyjny, tamtejszy Majakowski i Broniewski w jednym – Jose Marti. Ale właściwie pisał częściowo niepotrzebnie, bo my tu - w Polsce przynajmniej - mieliśmy własne teksty do Guantanamera, jako to przykładowo – Pompką frajera, Co się wydzierasz, Gdzie ta cholera i dziesiątki podobnych, równie twórczych i ambitnych. A co do poszukiwań Tego jednego jedynego rockandrollowego zespołu na Kubie, który miał się tam ujawnić w czasie kiedy za kulturę odpowiadał komandante Che Guevara, to poszukiwania trwają. Gdyby Państwo coś wiedzieli, proszę dać znać do radia, czekam

Wiesław Kot

http://radiopoznan.fm/n/znfx3P
KOMENTARZE 0

RADIO MERKURY POZNAŃ


internet@radiomerkury.pl 61 865 46 54

GODZINY: 10:00 11:00 12:00 13:00 14:00

@TWITTER