NA ANTENIE: Wielkopolski ring

Australijska debata o małżeństwach jednopłciowych

Publikacja: 13.09.2017 g.12:45  Aktualizacja: 13.09.2017 g.12:48 Łazarz Grajczyński
Do 7 listopada mają Australijczycy możliwość głosowania w sprawie czy zmienić prawo o małżeństwie w ich kraju.
teczowa flaga - Theodorian - CC: Wikimedia Commons
/ Fot. Theodorian (CC: Wikimedia Commons)

To, co się teraz dzieje w Australii, jest pod wieloma względami pełne paradoksów. Z jednej strony rzecz zdaje się być przesądzona - najnowsze sondaże dają inicjatywie małżeństw jednopłciowych poparcie społeczne na poziomie 70%, więc plebiscyt w postaci pocztowego głosowania "za i przeciw" powinien być formalnością.

Małżeństwa jednopłciowe popiera opozycyjna Partia Pracy jak i rządzący Liberałowie. Ci ostatni przynajmniej oficjalnie pod postacią premiera JKM Malcolma Turnbulla. W samej partii jest natomiast na tyle duża opozycja wobec tego pomysłu, że będący zwolennikiem zmian premier nie ryzykował przepuszczenia go przez parlament. Z drugiej strony sam obiecywał oddanie głosu w tej sprawie społeczeństwu. Pomysł zwykłego plebiscytu nie przeszedł, więc Australijczycy głosują pocztowo.

Małżeństwa dla par homoseksualnych wspiera większość mediów i organizacji - od medycznych po Narodową Ligę Rugby. Zwolennicy podkreślają, że małżeństwa jednopłciowe to kolejny, konieczny krok na drodze wypełniania demokratycznej równości, a także dowód dorosłości społeczeństwa, porzucenia homofobii i pełnej akceptacji homoseksualistów. Za stroną wspierającą homoseksualistów stoi silne przesłanie moralne - budowanie inkluzywnego społeczeństwa bez opresji i wykluczenia kogokolwiek. Ponadto takie rozwiązania wprowadziły wszystkie kraje zachodnie, więc dlaczego Australijczycy mają być przeciw, skoro inni poszli tą drogą? Nie mogą się przecież mylić, prawda? Na rzecz małżeństw jednopłciowych przemawia też to, że tam gdzie je wprowadzono, poparcie dla nich nie spadło, lecz wzrosło. Niedawne badania w USA Pew Research wykazały, że pomimo początkowego spadku teraz popiera je 62% Amerykanów (siła przyzwyczajenia?).

Strona przeciwna - jeśli pozostajemy na poziomie logiki debaty - ma argumenty słabsze, bazujące raczej na zdrowym rozsądku, niż silnym przesłaniu moralno-emocjonalnym. Poza konserwatywnym "jeśli nie jest popsute, to nie naprawiaj" , i typowym podejściem zachowawczym, strona przeciwna w australijskiej debacie zmianom przywołuje zazwyczaj dwa argumenty.

Jeden to prawa dziecka i ochrona rodziny jako relacji "ojciec-matka i dzieci" jako normatywnej. Problem z tej strony zaprezentowała głośna reklama społeczna, wyemitowana w australijskiej telewizji. Problemy jednak tu są dwa. Strona liberalna podkreśla, że zwyczajnie trzeba zrezygnować z normatywności jako paradygmatu. Istnieją też rodziny nienormatywne, a nie ma żadnych podstaw, by je wyłączać ze społeczeństwa. Sąd Najwyższy USA zresztą wstawiając się za prawami dzieci wychowywanych przez pary homoseksualne uznał, że brak małżeństw jednopłciowych dyskryminuje te dzieci. Mają bowiem gorszą sytuację, bo ich rodzice/wychowawcy nie mogą zawszeć małżeństwa. Tak czy inaczej sprawa praw dzieci wcale nie jest jednoznaczna.

Drugi argument przeciwników odwołuje się do konsekwencji, jakie niesie ze sobą wprowadzenie nowych rozwiązań ("Czy chcecie, aby wasze dziecko w szkole było przymuszane do zajęć z genderu?"). Problem w tym, że miesza się tutaj konsekwencje bezpośrednie z ideologicznymi. Samo wprowadzenie małżeństw jednopłciowych nie oznacza jeszcze zmian w edukacji czy ograniczeń wolności słowa w sposób konieczny. Fakt, w krajach zachodnich dokonuje się "aktualizacji" programu edukacji. Zwolennicy małżeństw jednopłciowych mogą argumentować, że skoro stały się one prawem to trudno, aby o nich nie mówić w szkole. Byłby to bowiem rodzaj społecznej hipokryzji. To strona konserwatywna ma z nimi problem, nie dostrzegając pozytywnych skutków jakie niosą. Bezpośrednie są z kolei takie, że pary stanowiące niewielki odsetek społeczeństwa będą mogły zawierać małżeństwo na swoich zasadach.

Jednakże jest i druga strona medalu. Może dziwić, że pomimo przytłaczającego poparcia dla małżeństw jednopłciowych środowiska LGBT nie chciały plebiscytu. Nawet podały sprawę do sądu, lecz ich zażalenie zostało odrzucone. Skoro zatem jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Argumentowały one, że plebiscyt będzie okazją do ujawnienia wrogości dla osób z ich środowiska, więc sprawa miała być załatwiona przez parlament. Uniemożliwił to opór konserwatystów, więc premier musiał obejść rolę parlamentu, czy raczej zaszachować go masowym poparciem, jakie idea małżeństw neutralnych płciowo ma w społeczeństwie.

Dalej jednak nie przekonało to ruchu gejów i lesbijek (i innych), choć sprawę załatwiono. W środę parlament przepuścił ustawę zaostrzającą walkę z tzw. mową nienawiści. Mówi ona, że każdy skazany za "zastraszenie czy też powodowanie szkody" odnośnie tożsamości płciowej i orientacji seksualnej może być skazany na grzywnę w wysokości 10 tysięcy dolarów australijskich. Szkoda ma zaistnieć oczywiście w psychice potencjalnej ofiary. Trudno nie traktować tego jako ograniczania debaty publicznej.

Inna rzecz, że cała ta impreza nie jest do końca konstytucyjna. Australijskie Marriage Act, przyjęte na podstawie uprawnień konstytucyjnych parlamentu, ustanawia monogamiczne małżeństwa obu płci jako obowiązujące w całej Wspólnocie. Wprawdzie można je zmienić, dodatkowo są także inne przepisy australijskiego prawa, traktujące czasami związki jednopłciowe jak paramałżeństwa (np. Family Act). Nie zmienia to faktu, że Australijczycy wypowiadają się na rzecz czegoś, czego ich prawo nie przewiduje.

Tutaj pojawia się jednak kolejny problem: skoro Family Act już od lat 70. rozpoznaje prawa par jednopłciowych i ich rodzin, a dodatkowo mogą oni rejestrować od dekady swoje związki, to po co cała ta obecna debata? Po co małżeństwa jednopłciowe w ogóle? I tutaj strona liberalna podaje masę argumentów - inkluzywność, tolerancja, demokracja, równość. Problem w tym, że są one kompletnie bez sensu. Nie odpowiadają na zasadnicze pytanie: po co? Aby na nie odpowiedzieć, trzeba wcześniej właściwie opisać to, co się wyprawia. Po zmianie prawa pary jednopłciowe uzyskają prawny i społeczny status małżeństwa - do teraz są one związkami rejestrowanymi. Aby ten status uzyskać, trzeba jednak wcześniej znieść zasadę fundującą małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny.

Debata nie dotyczy więc wcale homoseksualistów (są oni niejako pretekstem), tylko małżeństwa jako instytucji społecznej. Jak ma ono wyglądać i funkcjonować? na jakich zasadach? I czy ma pozostawać "niezmienne" jako instytucja fundamentalna, czy może być przekształcane zależnie od społecznych trendów? Odpowiedź na to pytanie nie jest też ściśle powiązana z kwestią akceptacji dla homoseksualizmu i par homoseksualnych. Ci, którzy je akceptują, nie potrzebują przecież nazywania ich małżeństwem, a ci którzy rozpoznają małżeństwo jako relacje mężczyzny i kobiety i tak nie będą pozytywnie odnosić się jednopłciowej wersji.

Wciąż - czy się tego chce, czy nie - małżeństwa jednopłciowe będą tymi nieoczywistymi, potrzebującymi do istnienia ideologicznych uzasadnień. Co innego funkcjonować prawnie tak, jakby było się małżeństwem, a co innego nim być.

Łazarz Grajczyński
http://radiopoznan.fm/n/NXnFht
KOMENTARZE 3
pyr@ 14.09.2017 godz. 12:14
A co to ma wspólnego z Poznaniem i Wielkopolską???
hetman 888 13.09.2017 godz. 17:27
Coraz wyrazniej wyrastamy na wyspé normalnosci. Nie ma u nas przywolenia na islam czy legalizacjé zboczen. Koscioly sá pelne a na rogatkach kazdej wsi stoi krzyz. Kraje zachodu same sié dobijajá. Zobacz na YT film ; "czego anglicy zazdroszczá polakom ". Trzymajmy sie korzeni i nie dajmy sobie wmówic ,ze slub dwoch zboczenców to cos normalnego !
@28cali 13.09.2017 godz. 13:49
Koniec świata.... Wykolejeńcy będą dzieci wychowywać.

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 11:00 12:00 13:00 15:00 16:00

@TWITTER