NA ANTENIE: Niedziela z Radiem Poznań

JUDAS PRIEST, FIREPOWER (2018)

Publikacja: 12.03.2018 g.12:32  Aktualizacja: 12.03.2018 g.12:44
Nie powiem, żebym jakoś usychał z tęsknoty za nowym albumem Judas Priest.

Dlatego też premiera „Firepower” w pewnym stopniu mnie zaskoczyła. Oczywiście od dawna już było wiadomo, że na rynek trafi następca „Redeemer of Souls”, ale nie śledziłem notek prasowych na ten temat. Powiem szczerze, że to, kiedy do sklepów trafić miał osiemnasty album Judasów, było mi obojętne. 

Gdybym obecnie, po wielokrotnym odsłuchu najnowszego albumu miał powiedzieć, że już teraz z niecierpliwością wyczekuję kolejnych longplayów, musiałbym srogo skłamać. Judas Priest nie wzbudzają we mnie emocji już od lat, pomimo wielu legendarnych płyt w ich dorobku. Bo przecież, z ręką na sercu, trzeba przyznać, że jest to zespół wielki, chociaż być może odrobinkę niedoceniany. Zastanówmy się, gdzie znajdowałby się współczesny heavy metal bez takich dzieł, jak „Sad Wings of Destiny”, „Sin After Sin”, „British Steel”, czy „Painkiller”? Problem polega jednak na tym, że wszystkie z wymienionych płyt mają już kilka dekad na karku. Ba, w przypadku genialnej „Sad Wings of Destiny” mowa o 44 latach! Czy w ostatnim czasie zespół w jakikolwiek sposób potrafił nawiązać do tamtych, słusznie docenionych płyt? Nie potrafił. Ani etap pudel metalowy nie przyniósł nic wartego uwagi, poza kilkoma, niezwykle tandetnymi teledyskami (chociażby „Turbo Lover” z „Turbo”) ani okres z Timem „Ripperem” Owensem nie wpłynął na sensownie przemyślaną odmianę stylistyczną. Zresztą o ile w przypadku Iron Maiden płyty z Blazem Bayley’em są kontrowersyjne, ale ciekawe i mogą się podobać, to Judas Priest z Owensem zeszli na głębokie manowce.

Powrót Roba Halforda pomógł tchnąć odrobinę życia w formację, która opublikowała udany „Angel of Retribution”. Pomysłów starczyło wyłącznie na jedną płytę. W kolejnych latach dostaliśmy niesłuchalny „Nostradamus” i nieciekawy „Redeemer of Souls”. Nie ma się więc co przesadnie dziwić, że taki umiarkowany fan zespołu jak ja, nie odliczał godzin do premiery. Patrząc trzeźwym okiem na karierę zespołu w ciągu ostatnich niemal 28 lat oraz biorąc pod uwagę odejście K.K. Downinga i walkę z chorobą Parkinsona, jaką toczy Glenn Tipton, po prostu nie było na co czekać. I pewnie najbardziej oddani fani zespołu będą wieszać na mnie psy za to stwierdzenie, ale Judas Priest jest od kilkudziesięciu lat typową skamieliną, ciekawą raczej dla znawców tematu, niż przypadkowych osób z zewnątrz. Jest jak rachityczny maratończyk, który chociaż ledwo zipie, znajdując się na granicy omdlenia, to z szaleństwem w oczach biegnie dalej, bo po prostu nie wie jak się zatrzymać i nie paść prosto na twarz.

Co nie znaczy, że przy „Firepower” źle się bawiłem. Bynajmniej! Najnowszy album Judas Priest bardzo mocno mnie zaskoczył. Okazało się, że weterani potrafią nagrać album pełen energii, dobrych melodii, świetnych wokali i potężnych riffów. A przecież po „Redeemer of Souls” wydawało się, że zespół nie wyjdzie już poza heavy metalową sieczkę, którą mózg usuwa z podświadomości jako zbędny śmieć w tym samym momencie, w którym wyłączymy płytę. Na „Firepower” zespół pokazuje, że wciąż ma potencjał i nie zapomniał jak grać czystego, klasycznego satysfakcjonującego metalu. Zresztą, co by nie mówić o, co prawda licznych, spadkach formy zespołu, to Judasi zdążyli więcej zapomnieć w ciągu tych 50 lat niż takie Iced Earth kiedykolwiek zdołali się nauczyć.

Na szczęście „Firepower” nie jest albumem przeintelektualizowanym czy zbyt ambitnym. Jest zbiorem dobrych kompozycji, które słucha się z przyjemnością. Już po otwierającym płytę utworze tytułowym widać, że produkcja nabrała gęstości, jest bardziej mięsista i selektywna niż w przypadku zamulającego odrobinę poprzedniego albumu. Porządne gitarowe granie nabrało wyrazistości, a wokal Halforda brzmi naprawdę znakomicie. Chyba najlepiej od czasu „Painkillera”. Tak „Lighting Strike” jak i „Evil Never Dies” trzymają poziom, chociaż są być może odrobinę mało intrygujące. Po nich na track liście następuje pierwszy singiel z albumu. Utwór ewidentnie pisany pod stadiony i trzeba przyznać, że „Never The Heroes” spisuje się w tej roli świetnie. Nie brakuje tu chwytliwego refrenu, do którego można z oddaniem pomachać łepetyną w przerwach od pociągania kolejnych łyków piwa. Typowy heavy, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Tutaj Judas Priest zdali sobie chyba sprawę, że przyjemności należy dawkować, bo kolejny na albumie znalazł się utwór będący w zasadzie antytezą poprzedniego. „Necromancer” nie ma ani chwytliwej melodii, ani dobrego pomysłu, a skandowany refren wywołuje u mnie lekkie uczucie zażenowania. Nie ma, co jednak rwać szat, bo na płycie trwającej niemal godzinę muszą znaleźć się jakieś wpadki. Kolejne trzy utwory (w zasadzie dwa, bo „Guardians” stanowi niepotrzebnie wydzielony osobną ścieżką wstęp do „Rising from Ruins”) to Judas Priest, które po gwałtownym zwolnieniu wyrównało prędkość i jedzie na wygodnym, czwartym biegu. Kawałki „Children of the Sun” oraz „Rising From Ruins” nie podnoszą ciśnienia, ale też nie zmuszają do szukania pilota. Są po prostu przyzwoite.

Prawdziwa petarda czeka nas wraz z „Flame Thrower”, kawałkiem, który moim zdaniem wejdzie do znakomitej elitarnej grupy najbardziej kopiących tyłek utworów Judas Priest w historii. Jest świetny – melodyjna rytmika, nieoczywista linia wokalna w refrenie, energia i szaleńczy śpiew Halforda zgrały się jak w zegarku. Już wyłącznie dla tego kawałka mógłbym kupić bilet na koncert. Zaraz po nim równie udany, chociaż mniej energetyczny „Spectre”. Wydaje mi się, że dla płyty błędne okazało się umieszczenie ich jeden po drugim. Taki „Flame Thrower” doskonale przywróciłby skupienie słuchacza, gdyby wymienić go ze słabym „Necromancerem”, a tego najlepiej w ogóle wywalić z płyty. Album byłby odrobinę bardziej zwarty, a utwory sympatyczne. Przeciętne lepiej przeplatałyby się z tymi genialnymi. „Traitors Gate” ani mnie chłodzi, ani grzeje, podobnie „No Surrender”. Jednak już „Lone Wolf” brzmiąc z lekka nie-Judasowo zwrócił moją uwagę. Słychać w nim echa Metalliki z okresu „Load/Reload”, ale dzięki zmianie nastroju i przede wszystkim tempa przywraca zainteresowanie płytą. Zaraz jednak przychodzi czas ostatniego na albumie „Sea of Red” i zainteresowanie znowu opada.

Bez wątpienia, muszę przyznać, że dużo tu słabszych fragmentów. Ale nawet słabsze utwory na „Firepower” są na tyle dobre, że nie męczą, nie wystawiają cierpliwości słuchacza na próbę. Co najwyżej powodują, że zaczynacie rozglądać się za czymś jeszcze do roboty. Nie ma tu jednak jakichś diametralnych spadków formy. Za to znaleźć można kilka utworów naprawdę pierwszej klasy. Te przywracają wiarę w ciągle wyraźną siłę twórczą dziadków z Judas Priest, którzy nadal mogliby udzielać lekcji z heavy metalu.

JAKUB KOZŁOWSKI

http://radiopoznan.fm/n/cMrpk1
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 08:00 09:00 10:00 11:00 12:00

@TWITTER