Jarosław Ziętara prowadził śledztwo dziennikarskie o przemycie na ogromną skalę. "To była taka „afera alkoholowa bis”, która nigdy nie została ujawniona, ponieważ Jarosław Ziętara został zabity" - mówił na naszej antenie Krzysztof Mieczysław Kaźmierczak.
Był to przemyt na wielką skalę przez południową granicę. Nie przez granicę niemiecką, jak w słynnej Schnapsgate, tylko przez południową. Jarosław Ziętara to wszystko rozpracował, znalazł dowody i ustalił jacy ludzie tym interesem kierują i jacy ludzie pomagają, żeby ten czarny interes mógł się odbywać. Byli to ludzie z dawnych PRL-owskich władz, którzy mieli powiązania na szczytach ówczesnej władzy. Jarosław Ziętara chciał to ujawnić
- opowiadał Krzysztof Mieczysław Kaźmierczak.
"Próbowano go do tego zniechęcić. Pobito go. Dwukrotnie napadnięto go nawet w mieszkaniu. Próbowano też go przekupić. Kiedy był nieugięty, zdecydowano się go zabić" - dodaje redaktor Kaźmierczak.
Poniżej cała rozmowa w Wielkopolskim Popołudniu:
Roman Wawrzyniak: Dziś mija, jak to Pan napisał, 10 594 dni od uprowadzenia Jarosława Ziętary. Gdyby Pan zechciał przypomnieć historię jego porwania i dlaczego w ogóle do tego doszło?
Krzysztof Mieczysław Kaźmierczak: Jarek Ziętara prowadził od kilku miesięcy, od 1991 roku dziennikarskie śledztwo dotyczące przemytu na ogromną skalę. To była taka „afera alkoholowa bis”, która nigdy nie została ujawniona, ponieważ Jarosław Ziętara został zabity. Był to przemyt na wielką skalę przez południową granicę. Nie przez granicę niemiecką, jak w słynnej Schnapsgate, tylko przez południową. Jarosław Ziętara to wszystko rozpracował, znalazł dowody i ustalił jacy ludzie tym interesem kierują i jacy ludzie pomagają, żeby ten czarny interes mógł się odbywać. Byli to ludzie z dawnych PRL-owskich władz, którzy mieli powiązania na szczytach ówczesnej władzy. Jarosław Ziętara chciał to ujawnić. Próbowano go do tego zniechęcić. Pobito go. Dwukrotnie napadnięto go nawet w mieszkaniu. Próbowano też go przekupić. Kiedy był nieugięty, zdecydowano się go zabić. Dokładnie 29 lat temu, 1 września 1992 roku porwano go, gdy szedł do redakcji. Udając policjantów, posługując się fałszywym radiowozem, porwano go i przewieziono do siedziby holdingu Elektromis. Tam był przetrzymywany, wymuszano od niego i próbowano się dowiedzieć co i skąd wie. Przeszukano jego mieszkanie i biurko redakcyjne w Gazecie Poznańskiej. Potem go zabito i starano się tak wszystko upozorować, żeby nie było dowodu zabójstwa. Jego ciało zostało zniszczone.
Dochodzimy do najważniejszego, jak się wydaje, pytania – dlaczego do dziś nikt nie został skazany za to morderstwo?
Nie został skazany, ponieważ to pierwsze, rzetelne śledztwo wszczęto po 19 latach w wyniku kilkuletnich i bardzo intensywnych starań. Dopiero w tym śledztwie te wszystkie okoliczności, o których mówię, zostały potwierdzone i udowodnione. Już szósty rok trwa proces Aleksandra G., wtedy najbogatszego Polaka, który jest oskarżony o podżeganie do zabójstwa, a od roku trwa proces dwóch ludzi, którzy mieli brać udział w porwaniu Jarka Ziętary, byłych ochroniarzy Elektromisu. Z tego względu ta sprawa jest na takim etapie, że jest nieosądzona mimo 29 lat.
Zajmuje się Pan tą sprawą już tyle lat. Pana upór jest godny uznania i podziwu. Wierzy Pan dzisiaj jeszcze, że uda się kiedykolwiek skazać sprawców i zleceniodawców tego morderstwa?
Jestem umiarkowanym optymistą. Jest jeszcze 10 lat do przedawnienia tej sprawy. To jest pocieszające, że jest to perspektywa taka, że nawet jeśli byłby wyrok, apelacja i sprawa miałaby wrócić do ponownego rozpatrzenia, to ma szansę się zakończyć. Jest też przeszkoda natury biologicznej. Oskarżony jest człowiekiem w wieku bardzo zaawansowanym i jego stan zdrowia jest adekwatny do wieku. Druga sprawa jest taka, czy ta ława oskarżonych jest pełna. Uważam i postępowanie sądowe wskazuje, że tam powinny zasiadać jeszcze inne osoby. Pytanie, czy do tego dojdzie? Czy tutaj zostanie jeszcze ktoś oskarżony?
Czy są na to szanse i dowody, żeby te osoby posadzić na ławie oskarżonych?
Śledztwa już aktualnie nie ma prowadzonego. Chociaż prokuratura umarzając, stwierdziła, że nadal prowadzi działania wyjaśniające, że jest to wszystko w jej zainteresowaniu. Natomiast w tym względzie jestem raczej pesymistą. Był taki moment, że planowano zarzuty wobec kolejnych osób, ale doszło wtedy, przed pięcioma laty, do kryzysu śledztwa i nie zdecydowano się na ten krok. Myślę, że już tego kroku nie będzie.
Dlaczego dochodziło do takich, jak rozumiem z Pana wypowiedzi, obstrukcji śledczej?
Generalnie śledztwo krakowskie, o którym mówimy, które zostało po 19 latach wszczęte, szło dobrze tak długo, dopóki Gazeta Wyborcza nie ujawniła okoliczności tego śledztwa, jacy świadkowie w tej sprawie występują. Wówczas nastąpiła gwałtowna epidemia wycofywania się świadków zeznań. Moim zdaniem to było zastraszanie. Jeden z tych świadków sam się do mnie zgłosił i mówił, że był zastraszany. Myślę, że w tej sprawie Ziętary na przestrzeni lat rolę odgrywały też media, które może zbytnią otwartością, ale też czasami w sposób bardzo nieprzemyślany pewnymi działaniami niechcący pomagały tym, którzy odpowiadają za tę zbrodnię.
A którzy żyją, mają się dobrze i jeszcze próbują wpływać na śledztwo, korzystając z możliwości zastraszania, co budzi pewien rodzaj przerażenia. Pan znał redaktora Ziętarę. Jaki to był dziennikarz i człowiek?
Byliśmy kolegami. Przez niedługi czas pracowaliśmy razem. Tak, jak go zapamiętałem, to był bardzo sympatyczny i bardzo inteligentny człowiek, dobry dziennikarz, człowiek z dużymi ambicjami. Myślę, że to była siła napędowa jego śledztwa. Był bardzo dociekliwy. Myślę, że te wszystkie jego dobre cechy zawodowe doprowadziły niestety do tej tragedii. Gdyby był słabym dziennikarzem, któremu nie zależy na ujawnieniu prawdy i nieprawidłowości...
Albo uległ zastraszaniu...
No właśnie. To by odpuścił. A on był człowiekiem takim, jakich w naszym zawodzie dziennikarskim brakuje i niestety zapłacił tę najwyższą cenę.