Setki aut zdewastowanych w Poznaniu. Ogromne straty po chuligańskim wybryku
Tymczasem każdego z płatnych wieczór mieliśmy takich uczt trzy, bez przystawek i rozgrzewek – łącznie dziewięć dań głównych. A nawet jedenaście, bo już w niedzielę grano pięknie, a „jazzowa chuliganerka” w wykonaniu Young Power w odsłonie „New Edition” pokazała ogromną siłę i jednocześnie wielki głód wrażeń u publiczności, która nie pozwalała kilkunastoosobowej formacji zejść ze sceny.
Dyrektor artystyczny festiwalu Leszek Możdżer udowodnił już po raz szesnasty, że z dobraniem składników do tak mistrzowskiego, wielodniowego ucztowania radzi sobie równie dobrze, jak z doborem nut podczas gry na fortepianie. A przy okazji robi nam muzyczne prezenty życia – gdyby nie niepozorna przecież impreza nad pobliskim jeziorem, pewnie nigdy nie zobaczylibyśmy w akcji takich światowych gigantów, jak John Zorn czy Stanley Clarke.
Ten pierwszy zaskoczył nas w poniedziałek w inny sposób, niż myśleliśmy – słynny nowojorski eksperymentator nie przegonił co wrażliwszych hałasem i kakofonią, szalone motywy przywołujące Ornette’a Colemana były krótkie i zwięzłe, dopełniające tylko bardzo rozrywkowy w gruncie rzeczy charakter jego występu. „Dajcie mi tego Zorna na wesele!”, krzyknął obok mnie Pan Michał, gdy z dźwiękowego gąszczu wyłaniały się strzępy klezmerskich melodii znanych z płyt z serii „Masada”.
Legendarny muzyk dyrygował pozostałymi wymuszając na nich niezwykłą czujność – musieli obserwować, czy akurat nie wykona charakterystycznego ruchu prawą ręką, by niczym maszynista zatrzymać albo uciszyć pędzący, jazzowy pociąg. Wcześniej, gdy na otwarcie poniedziałku jego muzyk z zespołu Julian Lage grał subtelnie na dwie gitary z Gyanem Riley’em, wśród komentarzy zwróciłem uwagę na ten Pani Aleksandry: „Stoję i słucham i świat wydaje się piękniejszy”. Czułem podobnie, taki mały raj na Ziemi, w otoczeniu bujnej czerwcowej natury. Z trelami ptaków, często dołączających do wybitnych instrumentalistów, którzy nigdzie ze swoją muzyką się nie spieszyli.
Więcej energii poczuliśmy od ekipy Briana Marselli, a zwłaszcza od wtorkowych Kingi Głyk oraz Stanley’a Clarke’a – pięciokrotny laureat Grammy dał prawdziwy popis na kilku basach i kontrabasie, przypominając o porywającym jazz-rocku legendarnej formacji Return To Forever i swojej słynnej płycie „School Days”, jednocześnie przypominając nam, że Enter to jednak miejsce dla muzyki delikatniejszej (jak np. intymny solo występ Sullivana Fortnera, również laureata nagród Grammy, tym razem trzykrotnego) i nie wszystkim hałasy bliskie King Crimson pasują do Enterowej koncepcji. Coraz bardziej znana w świecie Kinga Głyk wyczuła to chyba od pierwszych minut i po mocnym wstępie na przesterowanym basie postawiła jednak na dźwięki lżejsze, bardziej czułe, bardziej „kulturalne”. Idealnie współgrały z wciąż idealną pogodą, która kolejnego, trzeciego dnia postanowiła jednak popsuć nam festiwalowy komfort.
Zanim na finał scena eksplodowała czterema fortepianami, dzięki którym z pomocą orkiestry wystrzeliły wysoko w powietrze utwory m.in. Bacha czy Ravela, ofiarą najbardziej intensywnych opadów deszczu stał się Andres Barrios – Hiszpan łączący jazz z flamenco nie doczekał się odpowiedniego aplauzu ani bisów głównie przez parasole, które w tej trudnej pogodowej sytuacji musieliśmy trzymać. Więcej szczęścia miał absolwent Akademii Muzycznej w Poznaniu Kacper Smoliński, który przy niegroźnej mżawce zaczarował nas swoim nietypowym wykorzystaniem harmonijki ustnej – wraz z akompaniującym mu Leszkiem Możdżerem, dwójką perkusistów i orkiestrą Teatru Muzycznego stworzyli urzekające muzyczne misterium, które ma szansę na międzynarodowy sukces, a nad Jeziorem Strzeszyńskim stało się jednym z największych zaskoczeń festiwalu. Po znakomitej, szesnastej edycji trudno się dziwić, że tak wiele osób tak mocno czeka na kolejne Enterowe spotkania nad najbardziej jazzowym jeziorem w Polsce, ta uczta na jedenaście muzycznych dań grać nam będzie w głowach jeszcze długo.