Film zapowiadany jest jako droga Dawida – od młodego pasterza, który dopiero odkrywa własną siłę i odwagę, aż do królewskiej władzy.
Możemy podzielić ją na dwie części – nie ukrywam, że po pierwszej lżejszej, nie byłem szczególnie zachwycony. A to za sprawą powtarzalnych schematów, znanych z większości hitowych filmów animowanych ostatnich lat. Równie dobrze mogłyby się one pojawić w „Krainie Lodu”, „Zaplątanych” czy w „Jak wytresować smoka”. W tym przypadku różnica polega jedynie na zmianie dekoracji na biblijną. Podobne są nawet piosenki. Przyznaję jednak uczciwie, że po dłuższym osłuchaniu, zacząłem wyłapywać w tle charakterystyczne hebrajskie motywy muzyczne.
Cieplejsze słowo należy się za to scenie pojedynku tytułowego bohatera z "Goliatem". Znamy i wielokrotnie powielany obraz, tu został namalowany piękną, animowaną kreską i przede wszystkim wiarygodnie opowiedziany.
Od tego momentu film nabiera głębi. Obserwujemy przemiany zachodzące w głównym bohaterze, jego bezgraniczne zaufanie Bogu, dojrzewanie, ale też burzę uczuć, myśli i namiętności rozgrywających się w otoczeniu Dawida. Znakomita jest zwłaszcza postać Saula, biblijnego pierwszego króla Izraela, który musi mierzyć się ze słabościami swojego charakteru i z faktem, że nie jest już "namaszczonym przez Boga". I to jest właśnie wyróżnik, który pozwala wyciągnąć wreszcie "Davida" z szufladki współczesnej animowanej sztampy.
To na pewno film, który warto obejrzeć familijnie, z dziećmi. I wyjść z kina z przesłaniem, że "każdy ma swojego Goliata, z którym musi się zmierzyć".