NA ANTENIE: Mała czarna
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

To nie jest Wilczur

Publikacja: 02.10.2023 g.12:22  Aktualizacja: 03.10.2023 g.09:37 Grzegorz Ługawiak
Wielkopolska
Recenzja Grzegorza Ługawiaka.
Znachor - Kadr z filmu "Znachor"
Fot. Kadr z filmu "Znachor"

Wysoki sądzie, Szanowni Państwo, to nie jest profesor Rafał Wilczur! To nie jest "Znachor", ani nawet Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Ci, którzy się ze mną zgadzają, mogą dalej nie czytać, bo nie piszę o kolejnym filmie na Netflixie. Piszę o dziele, które nosi taki sam tytuł jak arcydzieło Jerzego Hoffmana i kultowa powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, lecz nim nie jest, jeśli nie liczyć zapożyczonych wątków ludzkich losów.

Gdybym powiedział, że film mi się po prostu nie podoba, nie byłoby to stwierdzenie prawdziwe. Bez wątpienia jest zrobiony z rozmachem, kolorowy, rzekłbym - urodziwy, ale za dużo w nim odstępstw od litery i ducha pierwowzoru, by był w moim typie. Są widzowie, którzy nie mają z tym problemu, ale ja mam i to jest decydujące.

Zacznę od tego, że nie wiem czym jest ten film. Kosztowną prowokacją? A może przejawem niechlujstwa, braku znajomości realiów, czy twórczości Tadeusza-Dołęgi Mostowicza? Niech mnie ktoś przekona, że nie, bo twórcom się nie udało.

Gdyby nosił tytuł np. "Sierotka Marysia i Józef Broda vel Antoni Kosiba", nie miałbym uwag. Natomiast jako "Znachor", jest dla mnie jednym wielkim, nieakceptowalnym przez to przeinaczeniem i wykoślawieniem.

Ale zanim nie obejrzę ponownie "Znachora" Michała Gazdy, czego jestem pewien, mam kilka pytań do autorów filmu. Przede wszystkim, dlaczego zachowali oryginalny tutuł tak mocno deformując treść powieści? Czy chodziło wyłącznie o marketing? Swego czasu przebojem Netflixa był serial na podstawie powieści Lucy Maud Montgomery "Ania, nie Anna". Widzowie nazywali go "Anią z Zielonego Wzgórza", bo miał te same postacie, podobne, ale jednak nie takie same losy bohaterów. Czyż nie było to uczciwsze, niż nadanie takiego samego tytułu innej opowieści?

Tak, "Znachor" 2023 jest opowieścią inną nie tylko niż "Znachor" Jerzego Hoffmana, ale przede wszystkim inną, niż powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Decyduje o tym kilka przeinaczeń, czy jak kto woli, modyfikacji scenariuszowych. Nie czepiam się początkowych scen, których w powieści nie ma. Mój sprzeciw budzi moralne uwikłanie doktora Dobranieckiego w sprawę pobicia profesora Wilczura. Dobraniecki zazdrościł Wilczurowi sławy i talentu, zataił przed sądem, że rozpoznał w Antonim Kosibie profesora, ale na Boga, nie uciekł tchórzliwie znad jego skatowanego ciała! Dołęga-Mostowicz dał do zrozumienia na kartach powieści, że Dobraniecki nie był ideałem, ale mowy nie ma, by był zawistną hieną, która chce zbudować karierę na śmierci utytułowanego kolegi. To wykroczenie przeciwko duchowi powieści.

Kolejna rzecz, której nie mogę twórcom wybaczyć, to przeniesienie losów Marysi ze sklepu pani Szkopkowej do żydowskiej karczmy. Przecież ten wątek nie ma związku z treścią nie tylko tej, ale żadnej powieści Dołęgi-Mostowicza. W dwóch książkach o losach doktora Murka i w "Znachorze", słowo "Żyd" użyte zostało kilkanaście razy, a i tak w kontekście, którego raczej dziś byśmy nie chcieli widzieć. Do tego pejsaty Żyd mówiący do chrześcijańskiej dziewczyny "biegnij za nim, on Cię kocha" budzi uśmiech politowania. Kultura i religijność Żydów starozakonnych raczej wykluczała mówienie o uczuciach nie tylko z obcymi, ale nawet wzajemnie do siebie. W "Skrzypku na Dachu" Jerrego Bocka Tewie, mleczarz toczący nieustanny bój z tradycją pyta żonę:

- Do You Love me?
Ta zszokowana odpowiada:
- Do I what?

Także w powieściach i opowiadaniach Izzaka Bashevisa Singera traktujących o kulturze i losach Żydów w naszej części Europy ("Dwór", "Spuścizna", "Krótki piątek") nie ma mowy o nazywaniu miłości po imieniu. Uczucia między dwojgiem ludzi opisywane były w sposób alegoryczny, a opisy nafaszerowane niejasną terminologią. Tak zresztą jest do dziś w społecznościach ortodoksyjnych Żydów Jerozolimy, czy nowojorskiego Williamsburga. To temat tak trudny, że jest od tego specjalny człowiek - swatka.

Równie niezgodny z realiami ówczesnej Polski jest pomysł, by młody Czyński, żeby zaimponować Marysi, staje za ladą szynku i podaje wódkę (zmrożoną) pijanym parobkom. Maria Jolanta Wilczur zakochała się w Czyńskim dla jego urody, ogłady i szarmu. Kochała go także wtedy, gdy oświadczył, że "wychowanie wpoiło w niego automatyzm przyzwoitych form obcowania z ludźmi…" Czyński nie musiał rezygnować z automatyzmu obcowania i podawać wódki w nieistniejącej karczmie, by Wilczurówna świata poza nim nie widziała. Motyw hrabiego za ladą szynkwasu jest tak wydumany, że prędzej można by się spodziewać, że Czyński podaje wódkę kosmitom.

Jeśli już jesteśmy przy wzniosłych fragmentach Znachora. Nie ma chyba czytelnika i widza, który nie uroniłby łzy w chwili, gdy zakochani w sobie bez pamięci - Marysia i Czyński wyznają sobie miłość.

"Spojrzała mu prosto w oczy.
- Nie, proszę pana! Będę zupełnie szczera. I ja tęskniłam za panem bardzo, bardzo.
- Marysieńko! — wyciągnął do niej ręce. Potrząsnęła głową.
- Zaraz, powiem wszystko. Niech pan zaczeka. Tęskniłam bardzo. Było mi źle… Tak źle. Nawet… płakałam…
- Moja ty jedyna! Mój cudzie!".

To jedno z najpiękniejszych w polskiej literaturze wzajemnych wyznań miłości, obok rozmowy Justyny Orzelskiej i Janka Bohatyrowicza w "Nad Niemnem", czy Oleńki Billewiczówny i Andrzeja Kmicica w "Potopie". W "Znachorze 2023" dość szybko posłano Marysię i Czyńskiego do łóżka. A przecież "Czyński (tylko) przyjeżdżał, całował Marysię w rękę" i zastanawiał się, "dlaczego w stosunku do tej jedynej, której niewątpliwie pragnął bardziej niż czegokolwiek na kuli ziemskiej, nawet pożądanie było w nim inne, przesycone niezmienną miłością i niemal religijnym pietyzmem". Prawdziwa Marysia nie dała Czyńskiemu nawet całusa - Marysia 2023 oddała mu z zapałem wianek.

A młynarz Prokop? Co zrobiliście Drodzy Twórcy z tak ważną postacią? Czy chodziło o to, by młynem zarządzała kobieta, Zośka (Sonia)? Przełknąłbym usunięcie bohatera drugoplanowego, czy nawet drugoplanowego wątku, ale pozbycie się jednej z najważniejszych postaci to gwałt zadany duchowi dzieła, z którego inspiracji się korzysta.

Nie mogę się także zgodzić na dodanie wątku miłosnego Antoniego Kosiby i Zośki.

Czy komuś przyszłoby do głowy, by ekranizację "Lalki" Bolesława Prusa zakończyć ślubem Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej?

Owszem, Sonia podkochiwała się w znachorze i nawet bym się zgodził (z trudem), że poszła z nim do alkowy, ale postawienie tej pary na ślubnym kobiercu nie ma żadnego związku z treścią i duchem powieści Dołęgi-Mostowicza. Tym bardziej, że w kontynuacji losów znachora, czyli powieści "Profesor Wilczur", znakomity chirurg odwzajemnia miłość młodej lekarki, doktor Kańskiej. Jak widać, twórcy "Znachora" 2023 odebrali sobie możliwość nakręcenia sequelu, no chyba, że scenariusz następnego filmu o Rafale Wilczurze pokiereszują jeszcze bardziej.

Takich scenariuszowych fikołków, jak na przykład ten, że to Zośka kradnie narzędzia chirurgiczne doktora Pawlickiego jest w tym filmie tak dużo, że przyznam, iż zgubiłem się w drugiej części seansu, po wypadku motocyklowym. Nie rozumiem jak to się stało, że dziewczyna, która musiała zarabiać na życie w żydowskiej karczmie i - jak pisał Dołęga-Mostowicz - nie miała nawet grosza na ucieczkę z miasteczka po skandalu z Zenkiem, nagle znajduje się w Warszawie. I tak dalej, i tak dalej....

Wielbiciele nowej ekranizacji "Znachora" powiedzą, że to zabiegi oryginalne, które dają filmowi i książce nowe życie. Mnie to nie przekonuje. Uważam, że te zmiany zniszczyły nie tylko literę, ale i ducha powieści. W związku z tym film nie ma prawa nosić jej tytułu. Wesprę się tu wypowiedzią reżysera "Znachora" z 1981 roku. Jerzy Hoffman, zapytany o nową ekranizację powiedział:

"Nie powinienem się na ten temat publicznie wypowiadać. Nie chcę szkodzić ani nie chcę, żeby wyglądało, że się naśmiewam. Jako reżyser mogę powiedzieć, że na pewno jest przyjemnie i sprawnie zrobiony. Natomiast jeśli chodzi o scenariusz, to absolutnie nie dla mnie".

Jak wspomniałem, film jest kolorowy, ale moim zdaniem, aż za bardzo. Puchnie od scenograficznych detali. Dom Wilczura ocieka przepychem bardziej chyba odpowiednim dla XIX wieku, niż lat 30, gdy królowały wnętrza modernistyczne, ale z tym nie chcę dyskutować - licencja poetica. Każda scena, szczególnie plenerowa, sprawia wrażenie dioramy, w której autorzy starali się umieścić wszystko, co znaleźli w magazynie rekwizytów i pamięci komputera (Sobór Aleksandra Newskiego w Warszawie) i wprawili w ruch wszystkich i wszystko w zasięgu wzroku. Ta dosłowność drażni i odwraca uwagę od bohaterów, szczególnie, gdy przywoła się genialną ekranizację innej powieści Dołęgi-Mostowicza. Warszawa Nikodema Dyzmy zbudowana została z kilku szyldów, neonów i zaułków i jest nie mniej, a nawet bardziej autentyczna. Widać, takie już musi być nowoczesne kino.

Kolejny mój zarzut, to odrzucenie kultury kresowej, tak ważnej dla pisarza, który na Kresach spędził wiele lat swojego życia. We współczesnym "Znachorze" nie ma nie tylko pięknego śledzikowania Prokopa, Soni, Wasylka, ale także prawosławnej religijności i obrzędowości.

Warto w tym miejscu napisać kilka słów o języku filmu. Nowoczesne dialogi bohaterów zgrzytają mi w uszach. W powieści "Znachor" jest ciekawy i ważny fragment, gdy Leszek Czyński próbuje potwierdzić swoje przypuszczenie, że Antoni Kosiba jest człowiekiem wykształconym. Do rozmowy wtrąca trudne słowa, by sprawdzić, czy Kosiba je zrozumie. Tymczasem Kosiba 2023 oświadcza po operacji Czyńskiego: "jest nieprzytomny, ale jego obrażenia nie zagrażają życiu".

To nie jest polska wieś lat 30-tych. Dlaczego tak pieczołowicie dobrano rekwizyty z epoki, a porzucono język epoki? Współczesny widz tej mowy nie zrozumie? Ależ nie, o czym świadczy niemalejące powodzenie ekranizacji Jerzego Hoffmana.

Są rzeczy, za które film trzeba pochwalić. To obsada głównego bohatera. Leszek Lichota jest znakomitym profesorem Wilczurem. Również Anna Szymańczyk jako Sonia jest autentyczna. Marysia zagrana przez Marię Kowalską, choć zdecydowanie bardziej wyemancypowana niż Maria Jolanta Wilczur Anny Dymnej, jest także do zaakceptowania. Niestety, nie mogę tego powiedzieć o roli Ignacego Lissa jako młodego Czyńskiego. Może gdyby ta postać była inaczej napisana, byłoby lepiej. Współczesny Czyński nie ma tego szarmu, za który pokochała go Marysia. Natomiast kompletnie moim zdaniem poległa Izabela Kuna. Jej Czyńska jest groteskowo przerysowana. Pani Eleonora była snobką, ale nie wcieloną diablicą, jak sportretowała ją Kuna.

Proszę pamiętać, że porównuję dwa filmy z powieścią, na podstawie której zostały nakręcone. Zachęcili mnie do tego autorzy nowej ekranizacji, zachowując oryginalny tytuł, epokę i bohaterów.

Powiadają, że adaptacja jest jak kobieta - jeśli wierna, to nie piękna, a jeśli piękna, to nie wierna. Mam wrażenie, że ta adaptacja nie jest ani wierna, ani piękna. Piszę te słowa z jednym zasadniczym zastrzeżeniem.

Gdyby to nie był "Znachor", albo "Znachor" Hoffmana był gniotem, nie byłoby sprawy. Ale tak nie jest i nie da się o tym zapomnieć. Przynajmniej ja nie umiem. Ale szanuję to, że wielu ludziom film się podoba. Włożono w niego dużo serca, pieniędzy i talentu...

http://radiopoznan.fm/n/Wy1tdM
KOMENTARZE 6
Grzegorz Ługawiak
Grzegorz Ługawiak 04.10.2023 godz. 22:40
@Andrzej Sołtan, oczywiście ma Pan rację. Zmieniłem w tekście. Dziękuję.
Andrzej Sołtan
Andrzej Sołtan 03.10.2023 godz. 20:45
Zdaje mi się, że pomylił Pan Wielką Synagogę z Soborem św. Aleksandra Newskiego.
Z resztą zgadzam się w 100%.
A. Potaczeka
A. Potaczeka 03.10.2023 godz. 15:44
W końcu ktoś to napisał...Świetna recenzja, zgadzam się z każdym słowem
MaciekS68
MaciekS68 03.10.2023 godz. 13:03
Mogli zmienić tytuł na „Znahor” i autor recenzji byłby zadowolony
Andrzej Kru.
Andrzej Kru. 03.10.2023 godz. 08:58
Niestety 100% racji. Ten język boli podobnie jak w Koronie Królów.
E Storczyk
E Storczyk 02.10.2023 godz. 21:08
Genialny komentarz! Popieram w 100 procentach!!!!!