Drogi poznawania artystów i ich muzyki są współcześnie bardzo różne. Nie dziwi mnie, gdy młody meloman z dumą oznajmia, że odkrył wykonawcę znanego innym od lat. Każdy ma swoje odkrycia, muzykę której wcześniej nie znał. Można być uzależnionym od internetu i żyć w swojej bańce, gdzie nie ma Milesa Davisa, Jimiego Hendrixa, Franka Sinatry, Czesława Niemena, Johna Coltrane’a, The Beatles, The Rolling Stones itp., itd. Gdyby w szkole przemycano wątki historii muzyki popularnej, bluesa, jazzu i klasyki, ignorancja kulturowa nie byłaby teraz aż tak bolesna. W młodym wieku, przeszłość większa niż 5 lat, jest pustą, wymarłą przestrzenią. A gdy na domiar złego w domu rodzice nie są wybredni muzycznie, szlachetne dźwięki w ogóle nie występują.
Codziennie wpadam na nowe nieznane mi wcześniej utwory i muzyków, których nazwiska chcę natychmiast zapamiętać. Chris O’Leary jest efektem pewnych skojarzeń. Kilkanaście lat temu zobaczyłem okładkę płyty „Gonna Die Trying”. Przypomniałem sobie, że przed laty jakiś Chris O’Leary występował z zespołem Levona Helma, byłego muzyka grupy The Band. I tak po nitce do kłębka trafiłem na artystę pierwszej klasy. Po drodze były jeszcze pułapki, bo w USA bardziej znany był gracz footballu o tym samym nazwisku. Tak czy inaczej wspomniana płyta trafiła w moje ręce, a później na półkę przed brytyjskim wokalistą i harmonijkarzem Johnem O’Leary. Tu kolejny zbieg okoliczności: Chris O’Leary też śpiewa i fantastycznie gra na harmonijce ustnej. Od tego „pierwszego spotkania” z artystą upłynęło trochę czasu, który muzyk wykorzystał nagrywając następne płyty. W końcu usłyszałem Chrisa O’Leary na żywo, na bluesowym festiwalu w niemieckim miasteczku Eutin. Oprócz wielu własnych kompozycji wykonał tam utwór z repertuaru grupy The Band, co publiczność przyjęła z radością. Po roku od tamtego występu, ukazała się kolejna płyta artysty z tytułem „Blue Collar”. Solidna dawka 11 utworów, których Chris O’Leary jest autorem. Mało tego jest także producentem płyty. Mimo, że wydawcą krążka jest najważniejsza od 5 dekad wytwórnia promująca bluesa Alligator Records, ten album może niektórych zaskoczyć. Chris O’Leary zaprezentował bowiem większą otwartość na muzykę, obok kompozycji bluesowych, w repertuarze płyty znajdziemy utwory z lekkim dodatkiem swingu, kawałek w klimacie nowoorleańskim i rockandrollowy odlot. W sesji nagrań wzięli udział dwaj renomowani muzycy Bob Margolin i Lil’ Ed Williams. Różnorodność jest walorem całej płyty, słucha się jej z niesłabnącą ciekawością i ostatecznie z dużą przyjemnością. Dodajmy do tego bogatą instrumentację poszczególnych nagrań, zmienną rytmikę i umiejętne dawkowanie solowych partii harmonijki ustnej. Czasem pojawia się sekcja dęta, słychać chórek, kiedy indziej partię gitary elektrycznej lub zawadiacki akordeon Wayne Toupsa. Całość brzmi tak fantastycznie, ponieważ grają muzycy zgromadzeni w studio. Tu nie rządzi spryciarz przy klawiaturze komputerowej. Przecież sztuczną harmonijkę też można wygenerować.
Chris O’Leary ma również talent do pisania tekstów. Są to ciekawe historie, które artysta opowiada w taki sposób, jakby były jego doświadczeniem życiowym. Już pierwsza opowieść jest kanwą utworu „Bad Decisions”, o popełnianiu błędów i podejmowaniu złych decyzji, które łączą się w ciąg porażek życiowych. Z tekstów utworów przebija się poczucie humoru i dystans artysty do samego siebie. Na dodatek wyśpiewane przez artystę zdarzenia kończą się zwykle jakimś morałem lub przesłaniem. Bluesowi puryści w tej kolorowej kolekcji nagrań znajdą dla siebie kilka perełek takich jak „Lady Luck”, „Nothing But A Memory”, „After 2 A.M.”, „How’d I Ever Get Along?” i „Daddy Was A Wolfman”. Już samo recenzowanie takiego wydawnictwa sprawia satysfakcję. Znakomita płyta ze świetnym wokalem, zabarwiona brzmieniem harmonijki i jednak z bluesowym pazurem.