„Narkotyk zombie” w rękach policji. Trzy osoby zatrzymane w Gnieźnie
Przełom w śledztwie dotyczącym tragicznego pożaru i wybuchu kamienicy przy ul. Kraszewskiego w Poznaniu. Prokuratura obarczyła odpowiedzialnością właścicieli firmy LUPO. Spółka ta przez 10 lat bez zgłoszenia, zajmowała się w piwnicy naprawą baterii. W dniu wybuchu magazynowała w tym miejscu ponad sześć i pół tony akumulatorów. Zapłon jednego z nich wywołał reakcję łańcuchową.
W czasie akcji st. ogn. Patryk Michalski oraz st. ogn. Łukasz Włodarczyk weszli do piwnicy, żeby rozpoznać teren. Po wybiciu szyby i wpuszczeniu do pomieszczenia tlenu, nastąpiła eksplozja mieszanki gazów.
Podejrzani Adam H. oraz Agnieszka W.-H. usłyszeli zarzuty nieumyślnego spowodowania pożaru, wybuchu i zawalenia się budynku, w wyniku czego śmierć na miejscu poniosło dwóch strażaków.
Jak podkreślił prokurator Marek Piegat, składowanie tak ogromnej ilości ogniw elektrycznych było nielegalną działalnością magazynowo-produkcyjną.
Mamy do czynienia ze zwyczajną działalnością magazynową. Oprócz tego oczywiście firma LUPO prowadziła działalność produkcyjną. Powinny te pomieszczenia spełniać odpowiednie warunki, które są o wiele bardziej wymagające
- podkreślił.
Tak według śledczych rozwijał się pożar w kamienicy przy Kraszewskiego w Poznaniu. Mijają dwa lata od śmierci dwóch gaszących go strażaków. Właściciele firmy, która magazynowała tam tony baterii, usłyszeli zarzuty. Szczegóły niżej pic.twitter.com/J2AjMNrKb5
— Radio Poznań (@RadioPoznanSA) August 18, 2026
Z opinii biegłych Akademii Pożarnictwa oraz Politechniki Poznańskiej wynika, że strażacy i ich przełożeni nie popełnili błędów, które doprowadziłyby do tragedii. Zdaniem ekspertów do samej eksplozji i tak doszłoby w wyniku nagromadzenia gazów. Prokurator zwrócił uwagę, że wejście strażaków do środka było jedynym możliwym sposobem przeprowadzenia zwiadu.
Była tylko przekazana informacja, że jest tam prowadzony serwis baterii i akumulatorów. Nie przekazano informacji o ilości i sposobie składowania tego materiału. Z tego co przynajmniej w toku postępowania ustaliliśmy, szczegółowej procedury na ten temat nie ma. Podejmowane są standardowe działania rozpoznawcze
- mówił.
Śledczy wykluczyli również winę instytucji w kwestii braku wcześniejszych kontroli, które choć nigdy nie zostały wykonane, to nie były wymagane.
Podejrzanym grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności. Oboje odmówili składania wyjaśnień. Prokuratura nie zdecydowała się na zastosowanie jakichkolwiek środków zapobiegawczych. Śledztwo trwa.
Do tragicznego w skutkach pożaru doszło w nocy z 24 na 25 sierpnia 2024 roku w czterokondygnacyjnej kamienicy przy ulicy Kraszewskiego 12 na poznańskich Jeżycach. To była noc z soboty na niedzielę. Strażacy zostali wezwani na miejsce po zgłoszeniu o silnym zadymieniu wydobywającym się z piwnicy, gdzie działał serwis akumulatorów.
Podczas wstępnego rozpoznania i akcji gaśniczej wewnątrz obiektu doszło do dwóch nagłych oraz niezwykle gwałtownych eksplozji. Fala uderzeniowa wybiła szyby w okolicznych budynkach, doszczętnie zniszczyła drewnianą konstrukcję stropów i odcięła drogę ucieczki ratownikom pracującym w podziemiach. W katastrofie zginęli na miejscu dwaj strażacy z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 2 w Poznaniu, st. ogn. Patryk Michalski oraz st. ogn. Łukasz Włodarczyk, a 11 innych ratowników i 3 cywilów odniosło obrażenia.
Płomienie błyskawicznie objęły cały budynek, co zmusiło służby do ewakuacji około 120 mieszkańców. Zniszczenia konstrukcyjne okazały się na tyle poważne, że Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego nakazał całkowitą rozbiórkę obiektu.
CZYTAJ TAKŻE: