Miód z pasieki czy z marketu - różnice i który wybrać?
W niedawnym wywiadzie dla Radia Poznań zarzekał się, że nie należy do „rebels” świata jazzu, że po prostu ma szerokie muzyczne zainteresowania.
Jednak nie każdy wokalista jazzowy potrafi zdobyć się na taki koncert, którego byliśmy świadkami w Auli UAM w Poznaniu. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że mało który. Zdarza się, że artyści podczas swoich występów stronią od swoich największych przebojów, ale niewielu potrafi uciec tak daleko od swojej oryginalnej stylistyki.
Jeśli któryś z koneserów jazzu nie doczytał, że Kurt Elling będzie w Poznaniu z Charliem Hunterem, mógł wyjść z tego koncertu bardzo rozczarowany. Mimo, że śpiewał dla niego wokalista wygrywający jazzowe plebiscyty w tej kategorii od kilkunastu lat (z rzędu!), nominowany kilkanaście razy do Grammy, dwukrotny jej laureat, żywy symbol jazzowej wokalizy, mistrz improwizacji, śpiewania scatem…
Na szczęście cudownych improwizacji i niewiarygodnych momentami popisów wokalnych nie zabrakło, były wokalizy i scat, był nawet Kurt niczym komentator sportowy, były mruczące basy i rozwibrowane góry, czasem krzyki niemalże, innym razem szepty. Tylko akompaniament nie zgadzał się z większością Ellingowych płyt, które mają na półkach siedzący tego wieczoru w Auli melomani.
„Co ta perkusja tak klepie kapustę, marszowo jak w wojsku?” – usłyszałem od znajomej w okolicach szóstego utworu. Skocznego, synkopowanego funku spodziewała się mimo wszystko bardziej, aniżeli bluesa. Zwłaszcza w większych, skumulowanych dawkach. Na szczęście za chwilę byli już z powrotem w funkowym świecie, wciąż jednak (najczęściej) dość daleko od jazzu.
Czy narzekam? Raczej podziwiam. Również tych, którzy się w tych okolicznościach odnaleźli i spędzili wręcz euforyczny wieczór. Elling w studiu Radia Poznań wyraźnie zapowiadał, że to nie będzie koncert z „zatrzymywaniem czasu” w stylu „EndlessLawns” czy „PracticalArrangement”. Że będzie energetycznie i do tańca, i faktycznie od pierwszych minut udało się poznańską publiczność rozruszać.
Nawet na siedząco dawaliśmy mu regularnie do zrozumienia, że podoba nam się witalność kompozycji i temperament muzyków, nawet jeśli „rockowa perkusja”, jak niedawno u Ray’a Wilsona, nie brzmi w poznańskiej Filharmonii najlepiej.
Mistrz Elling swoją charyzmą i czarem szybko dał nam o tym zapomnieć, nie było kiedy zastanawiać się nad takimi technicznymi szczegółami, mieliśmy przecież przed sobą zjawisko tak samo cenne, jak rzadkie. Kto następny nas tak olśni? Kto ma szansę zbliżyć się do takiego poziomu? W razie czego damy znać, a na razie polecamy wrócić do jego nagrań studyjnych oraz wypatrywać na Youtubie naszego wywiadu z Kurtem Ellingiem, zarejestrowanego przy Berwińskiego 5.