To powieść, która od początku osadza czytelnika w konkretnym, dobrze rozpoznawalnym świecie. Poznajemy Agatę, młodą kobietę wychowaną w zamożnym domu, w którym jednak brakuje tego, co najważniejsze. Miłości, bliskości i zaufania. Ojciec, adwokat, tyran, funkcjonuje bardziej w swoim środowisku niż w rodzinie, matka ucieka w alkohol. Agata próbuje się od tego odciąć, znaleźć własną drogę i dlatego trafia jako wolontariuszka do Centrum Seniora.
To właśnie tam zaczyna się najważniejsza część tej historii. Spotkanie z Józefem, starszym, schorowanym mężczyzną, oraz jego opiekunem Bolo nie jest przypadkowe. Obaj niosą w sobie przeszłość, od której nie da się uciec. I to właśnie relacja z nimi staje się dla Agaty czymś więcej niż pomocą. Raczej konfrontacją z pamięcią, odpowiedzialnością i tym, co człowiek dziedziczy, nawet jeśli bardzo by tego nie chciał.
Równolegle autor prowadzi drugą linię narracyjną na Kielecczyźnie w 1943 roku. To nie jest tylko historyczne tło. To mocny, skoncentrowany obraz przemocy i terroru, skupiony wokół postaci niemieckiego oficera, określanego mianem diabła, uosobieniem czystego zła i okrucieństwa. Jego działania są chłodne, metodyczne, pozbawione wahania. I właśnie ta „zwyczajność okrucieństwa” jest najbardziej poruszająca. To, co dzieje się w tej części książki, było dla mnie najtrudniejsze, bo śmierć i przemoc są tu bardzo namacalne. Ale to właśnie ten wątek pokazuje, że zło nie kończy się wraz z wojną. Zostaje w ludziach, w ich pamięci, w kolejnych pokoleniach. I dopiero wtedy widać, jak silnie obie linie tej powieści się przenikają.
To, co mnie w tej książce zatrzymało, to język i sposób prowadzenia narracji. Grzelak pisze pięknie, obrazowo. Nie buduje napięcia efektownymi zwrotami akcji, tylko atmosferą i relacjami między bohaterami. To bardzo powolne odsłanianie konsekwencji tego, co już się wydarzyło. Czyta się tę książkę bez pośpiechu, momentami z wyraźnym wręcz „fizycznym ciężarem”, ale też z ciekawością tego, co kryje się dalej.
To nie jest lektura, która daje komfort. Wymaga uważności i gotowości czytania między wierszami. Zostawia z pytaniami o to, co naprawdę po sobie dziedziczymy. Czy tylko geny? Tu są jeszcze emocje, schematy, traumy. I czy można się od tego wszystkiego uwolnić? Ta historia nie próbuje robić wrażenia, a mimo to zostaje w człowieku na długo po lekturze.
Polecam „Martwe mleko” Marcina Grzelaka! Książka od Wydawnictwa Niebieskie.