Nie wszyscy najbardziej popularni muzycy są rzeczywiście bezkonkurencyjni. Czasem artyści zasługujący na podobny sukces i wielką karierę, w ogóle nie doświadczają wyróżnień i chwil osobistej satysfakcji. Świat muzyki zna wiele takich przypadków. Jesienią 2014 roku na festiwalu Jimiway w Ostrowie Wielkopolskim, wystąpił amerykański gitarzysta Larry McCray. Słuchając jego muzyki, jak śpiewał i łkała jego gitara, wielu odbiorców miało poczucie, że doświadczają sztuki najwyższej próby. Sszczerze mówiąc, artysta zasługiwał już wcześniej na wyrazy uznania. Larry McCray miał na szczęście kilka momentów uznania dla jego talentu i dokonań, kiedy był nominowany do nagrody W.C.Handy’ego, kiedy odbierał Detroit Music Award za osiągnięcia artystyczne, czy gdy otrzymał w 2000 roku Orville H.Gibson Award razem z Jeffem Beckiem. Muzyk czuł się również szczególnie wyróżniony, gdy grał razem z Johnem Mayallem w dniu 80. urodzin tego ojca brytyjskiego bluesa.
Kariera Larry’ego McCray’a to prawie 4 dekady aktywności. Debiutował płytą „Ambition” a trzy lata później nagrał drugą płytę „Delta Hurricane”, pod okiem wytrawnego producenta Mike’a Verona. Był to czas odrodzenia bluesa, weterani tego gatunku jak Buddy Guy, John Mayall, Luther Allison i wielu innych, znowu błyszczeli w światłach reflektorów. Larry McCray pozostawał w cieniu. Nagrywał płyty w założonym przez siebie wydawnictwie, co powodowało, że jego muzyka nie miała wielkiego zasięgu. Trzy lata temu nagle sytuacja się zasadniczo zmieniła. Czołowa postać bluesowej sceny, gitarzysta Joe Bonamassa, zaprosił Larry’ego McCray’a do swojego wydawnictwa Keeping The Blues Alive Records. Wkrótce miłośnicy bluesa mogli się raczyć dźwiękami z płyty „Blues Without You”. Dobra passa trwa, jest nowa płyta gitarzysty zatytułowana „Heartbreak City”. Od pierwszych taktów muzyki z tego albumu, można mieć poczucie, że ktoś cudownie i z wielką finezją ożywia bluesa w stylu B.B.Kinga. Jednak Larry McCray nie imituje króla bluesa, lecz po mistrzowsku porusza się na tym samym terenie, gdzie liczy się emocjonalność, dbałość o formę utworów i odpowiedzialność za dobór i jakość niemal każdego dźwięku. Podobnie jak na wielu płytach B.B.Kinga, na omawianym wydawnictwie, słyszymy duży, niemal orkiestrowy skład instrumentalny. Obok mięsistej sekcji rytmicznej, potęgę brzmienia budują sekcja dęta i chórek. Larry McCray jest autorem lub współautorem zdecydowanej większości utworów na płycie. Z 10 nagrań pozostałe trzy, napisał uczestnik sesji nagrań gitarzysta Josh Smith. Silny blok gitarowy uzupełnili jeszcze kolejni wirtuozi Joe Bonamassa i Kirk Fletcher. Na podkreślenie zasługuje to, że Larry McCray proponuje wiele odcieni bluesa, obok klasycznej stylistyki, sięga po soul-bluesa, rhythm and bluesa, funky. To czyni tę płytę jeszcze bardziej intrygującą. Artysta jest w świetnej formie wokalnej, a jego gra na gitarze oddaje bogatą paletę emocji. W każdym nagraniu, nawet gdy aranżacja jest gęsta od dźwięków instrumentów, śpiew i brzmienie gitary pozostają na pierwszym planie. Spektakularny jest już pierwszy utwór ”Try To Be A Good Man” z efektownym solem gitary i pełnym brzmieniem blachy i chórku. Tytułowy kawałek „Heartbreak City” w wolnym tempie i mocno osadzonym rytmem, przynosi tradycyjne brzmienie bluesa, z dialogami gitary, dęciaków i dopowiedzeniami Reese’a Wynansa na instrumentach klawiszowych. Wiele uroku ma nagranie „Bye Bye Blues” przywołujące klimat soulu z Memphis, sprzed pół wieku. Bardziej poszarpany rytm i napięcie wprowadza nagranie „Everything Falls On Me”. Larry McCray potrafi jak niewielu bluesmanów stworzyć nastrój duchowości i na tej płycie takie głębokie przeżywanie bije z utworu „I Know What I’ve Done”. Dużym kontrastem jest prawie akustyczny kawałek „Hangman”, z wyraźnym podtekstem religijnym i nawiązaniem do muzyki gospel. Larry McCray przygotował wyjątkową płytę, którą może przebić mur obojętności na jego muzykę. Nastał rewelacyjny czas dla tego muzyka.