Miejska legenda mówi, że najzagorzalsi fani amerykańskiego duetu koczowali w okolicach Cytadeli co najmniej dobę przed koncertem. Na samym wydarzeniu nie brakowało osób w koszulkach zespołu czy z elementami stroju nawiązującymi do stylistyki albumów Trench i Clancy. Skąd to oddanie? Na czym polega fenomen Twenty One Pilots? Żeby go zrozumieć, musimy cofnąć się o nieco ponad dziesięć lat.
Twenty One Pilots to amerykański duet muzyczny tworzony przez Tylera Josepha i Josha Duna. Trudno jednak jednoznacznie zamknąć ich w prostych kategoriach wokalista–perkusista, ponieważ obaj są multiinstrumentalistami (a podczas koncertów bywają także akrobatami i niemal kaskaderami).
Choć wspólnie tworzyli muzykę już od 2011 roku, przełomem w karierze zespołu okazał się czwarty album Blurryface z 2015 roku, na którym znalazł się właśnie singiel Stressed Out. Za ten utwór otrzymali nawet statuetkę Grammy podczas 59. ceremonii rozdania nagród. Od tego czasu duet wydał m.in. hitowy singiel Heathens promujący film kinowy Legion Samobójców oraz 4 studyjne albumy długogrające: Trench (październik 2018), Scaled and Icy (maj 2021), Clancy (maj 2024) oraz Breach (wrzesień 2025).
Muzyczny fenomen Twenty One Pilots wynika przede wszystkim z niezwykle sprawnego łączenia różnych światów. W ich twórczości jest trochę alternatywnego rocka, trochę hip-hopu i trochę electropopu. Do tego dochodzi niezwykle przemyślana warstwa liryczna.
Na przestrzeni kolejnych albumów koncepcyjnych duet stworzył wieloletnią, spójną historię o mrocznym, fikcyjnym mieście i walce o wolność. Opowieść rozwija się poprzez teksty utworów, teledyski oraz ukryte strony internetowe. Nie ma jednak większego znaczenia, jak dobrze zna się ten fikcyjny świat (albo czy w ogóle jest się świadomym jego istnienia). Metafory i znaczenia wykorzystywane przez artystów bez problemu można przenieść do codziennego życia. W ich tekstach nie brakuje odniesień do relacji, ludzkich rozterek, problemów ze zdrowiem psychicznym czy presji społecznej.
To chyba samo w sobie tłumaczy, dlaczego tak wielu nastolatków i młodych dorosłych, którzy dorastali w latach 10. i 20. tego stulecia, znajdowało w nich zrozumienie i ukojenie. Mam wrażenie, że to właśnie przede wszystkim te osoby można było spotkać pod sceną podczas BitterSweet Festival.
Przed rozpoczęciem festiwalu rzecznik prasowy BitterSweet mówił w studiu Radia Poznań, że wydarzenie daje szansę na spojrzenie na to, kim było się kilkanaście lat wcześniej i ponowne poczucie utworów, których wtedy słuchało się na słuchawkach (zazwyczaj przewodowych) – tym razem poprzez wyśpiewanie ich pod sceną, być może po raz pierwszy.
Piątkowy koncert Twenty One Pilots na Cytadeli był więc perfekcyjną okazją dla wszystkich tych, których zatroskane mamy przed laty nie chciały puścić na koncert dziwnych panów w czapkach. Teraz mogli w końcu, na przekór rodzicom (ale już zupełnie bez żadnych wynikających z tego konsekwencji), zabrać swoje wewnętrzne dziecko na wymarzone muzyczne doświadczenie.
Swoją drogą, bardzo spodobał mi się jeden z komentarzy, które pojawiły się w internecie:
Właśnie zazdroszczę fanom Twenty One Pilots, tego co przeżywają w tym momencie, bo skoro ja jestem w szoku, to nie wyobrażam sobie, co oni czują
Myślę, że to, co wydarzyło się pod główną sceną festiwalu BitterSweet można określić mianem zbiorowego katharsis zdartych gardeł.
Był wspólny śpiew do utworów z niemal całej dyskografii zespołu. Był wspólny śmiech, kiedy Tyler przechadzał się pod sceną, ubierając ochroniarzy w niedorzeczne nakrycia głowy albo kiedy Josh, w dresach z cyrkoniami wspinał się na rusztowanie. Były też wspólne łzy – z najróżniejszych powodów i wywołane najróżniejszymi emocjami.
Obok utworów z ich najnowszego albumu Breach najwięcej było tych ze wspominanego już, dla wielu niezwykle sentymentalnego Blurryface.
Koncert Twenty One Pilots w Poznaniu był ich piątą wizytą w Polsce i wiele wskazuje na to, że nie ostatnią. Zwłaszcza że pod sceną na Cytadeli było wyraźnie widać, że dla wielu osób nie był to po prostu kolejny festiwalowy występ. Kilkanaście lat po pierwszym zetknięciu z twórczością Tylera i Josha można było na chwilę cofnąć się do tych starych, dobrych dni – tyle że tym razem już nie przed radioodbiornikiem lub na łóżku w słuchawkach, a w kilkudziesięciotysięcznym tłumie, z całkowicie zdartym gardłem.