NA ANTENIE: Studio nadawczo-odbiorcze

Rock z duszą

Publikacja: 06.11.2018 g.10:18  Aktualizacja: 06.11.2018 g.10:22 Jakub Kozłowski
Recenzja Jakuba Kozłowskiego.
uriah heep - Uriah Heep
Fot. Uriah Heep

Sentyment do Uriah Heep jest czymś nieodłącznie związanym z samą sympatią do hard rocka. O ile formacja nigdy nie osiągnęła równej pozycji co pozostali wielcy gatunku (Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple) to przez wiele lat szli krok w krok za gigantami. Często zresztą zaliczano Uriah Heep do wielkiej czwórki brytyjskiego Hard rocka. Co z tego jednak, skoro losy formacji potoczyły się zdecydowanie bardziej burzliwie niż życzyłby sobie tego typowy fan gatunku. Zmiany personalne, przetasowania wśród wokalistów, spadki formy i problemy artystyczne odcisnęły swoje piętno na twórczości formacji. Co prawda wzdychanie do czasów, gdy w Heepach prym wiedli David Byron czy Ken Hensley to jak z łezką w oku przekonywać rozmówcę, że w czasach Jagiellonów w Polsce żyło się lepiej… Tyle wody zdążyło w rzekach upłynąć od czasów największych triumfów Uriah Heep, że obecnie wydaje się wręcz zabawnym porównywać obecne wcielenie zespołu do tego z lat 70.

Od porównań nie da się jednak uciec. Pomimo tego, że w zespole z oryginalnego składu pozostał jedynie Mick Box to zostało przecież logo, pozostała marka i nazwa. To z kolei wymaga, aby muzycznie zespół jeżeli nie dorównywał, to przynajmniej nawiązywał do lat świetności. I powiem szczerze, że moim zdaniem Uriah Heep wychodzi z tego wyzwania z podniesionym czołem. Nie przypominam sobie (ale mogę się mylić – w końcu w katalogu grupy widnieje grubo ponad 20 albumów) aby zespół dostarczył kiedykolwiek półprodukt, który z góry skazać można na zapomnienie. Zdarzały się oczywiście płyty słabsze, mniej porywające czy przemyślane („Conquest”, „Sonic Origami” czy „Head Fist” – są to jednak moje osobiste wybory. Nie twierdzę, że są to płyty bezwzględnie najgorsze) ale w najnowszej historii formacji można wskazać też albumy bez dwóch zdań świetne. Mój sentyment do „Wake The Sleeper” dorównuje uczuciom, jakimi darzę chociażby „Salisbury” czy „Look At Yourself”. Podobnie wygląda sprawa z poprzednikiem „Living The Dream”, albumem „Outsider” który uważam za karygodnie niedoceniany. Patrząc z perspektywy czasu należy zresztą przyznać, że Uriah Heep ma jedną z najbardziej koherentnych, spójnych i trzymających poziom dyskografii wśród wielkich twórców rockowych. A że jest to dyskografia odrobinę przewidywalna – cóż z tego? Każdy album ma w sobie „to coś” – dobre melodie, instrumentalną wirtuozerię i jasną wizję artystyczną, której muzycy pozostawali w zasadzie od zawsze wierni pomimo ważnych przetasowań wśród głównych kompozytorów. Uriah Heep to Uriah Heep. Jedni powiedzą „dziadkowy rock” ja powiem, „rock z duszą”.

Jak więc wygląda najnowsza płyta formacji? Bardzo przyzwoicie. Co prawda nie zaskoczył mnie na niej ani jeden dźwięk, ani jedna nuta czy rozwiązanie melodyczne ale nie po to chwytam za Uriah Heep. Inna sprawa, że obecnie, po kilkunastu odsłuchach, nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, że na „Outsider” wszystko to, co składa się na styl Uriah Heep „zagrało” odrobinę lepiej. Może to kwestia czasu, jaki miałem na polubienie tamtej płyty a może o moim dystansie decyduje przeczucie, że najnowszy album powstał wedle schematu. Już wyjaśniam o co mi chodzi – na „Living The Dream” jest absolutnie wszystko, czego spodziewałbym się po zespole: bardzo dobre solówki, wyraźna rola klawiszy nadających progresywnego zacięcia niektórym utworom, świetny wokal Berniego Shawa, brzmiący jak za swych najlepszych lat. Jest melodia, jest patos i poruszające serce teksty (piszę to z lekkim przekąsem – teksty są tu jedną z większych bolączek). Tyle, że nie mogę pozbyć się odczucia, że ktoś odhaczał poszczególne składowe utworów w zeszycie zatytułowanym „hard rockowa kompozycja”. I w zasadzie nie ma w tym nic złego, trudno przyczepić się samego faktu, że solówki są przemyślane a melodyka linii wokalnych wpada od razu w ucho. Niestety, brzmi to wszystko razem bardzo sterylnie. Nie ma rockowego brudu, nie ma emocji. A te Uriah Heep potrafi doskonale przywołać na żywo. Wiem co mówię, ich ostatnie koncerty w Polsce zrywały papcie i prostowały uszy. Uriah Heep na żywo to wciąż wielogłowa bestia ziejąca ogniem. Być może dlatego tak trudno przywyknąć mi do nowej płyty. Chciałbym jednak zrewidować odczucia po usłyszeniu na żywo takich utworów jak „Living The Dream”, „Waters Flowing” czy singlowe „Gazed By Heaven”. Bez wątpienia mają one wielki potencjał, odrobinę stępiony na longplayu.

Czy jednak warto chwycić za „Living The Dream”? Warto, i to bardzo – niekoniecznie jedynie ze względu na sentyment. Zespół wciąż prezentuje poziom niedostępny młodym wykonawcom, którzy w ostatnich latach czynią wszystko aby ożywić ducha lat 70. Uriah Heep nie musi go ożywiać, on nigdy w nich nie zaniknął. Słychać to wyraźnie w muzyce, w luzie z jakim podchodzą do kompozycji w odczuwalnej przyjemności, jaką czerpią z grania. Chociaż nie można liczyć, że kolejne płyty zespołu wedrą się z przytupem na listy muzycznych bestsellerów to scena rockowa byłaby dużo uboższa, gdyby Uriah Heep postanowili zakończyć karierę. Na szczęście nic na to nie wskazuje.

Jakub Kozłowski
https://radiopoznan.fm/n/9Kh4DF
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 10:00 11:00 12:00 13:00 14:00

@TWITTER