Być może dlatego po ukazaniu się zwiastunów liczba telefonów, dzwoniących w sprawie przemocy domowej, wzrosła o 40 procent – mówiła na antenie Radia Poznań Anna Świątkowska – Gałkiewicz, prezeska działającej w Poznaniu Fundacji Czas Kobiet. Można się domyślać, że ta fala zapytań i zgłoszeń odsłania problem o rozmiarach oceanu.
Statystyki policji mówią, że w 2024 roku przemocy doświadczyło (liczby potwierdzone procedurą Niebieskiej karty) ponad 50 tysięcy kobiet i ponad 10 tysięcy mężczyzn. Ponad 25 tysięcy to dzieci i młodzież. Ponad 52 tysiące osób stosujących przemoc domową to mężczyźni, kobiet zarejestrowano ponad 8 tysięcy. Jednocześnie organizacje, które pomagają ludziom doświadczającym przemocy, mówią o tym, że skala zjawiska jest niewyobrażalnie większa i rocznie sięga nawet 800 tysięcy przypadków. Najnowszy film Smarzowskiego wkracza w ten ogromny rozziew i wrzuca widza w otchłań. Otchłań rozpoznawaną w życiu na własnej skórze albo przez dziurkę od klucza.
W „Domu dobrym” rolę przysłowiowej dziurki od klucza pełni wizjer w drzwiach, popularny judasz. Raz po raz kamera pokazuje nam zmętniony, zabrudzony obraz zdeformowanej klatki schodowej. (Kto nigdy tak nie podglądał sąsiadów, niech pierwszy rzuci kamieniem). Jesteśmy zatem blisko i daleko jednocześnie. Możemy interweniować lub wycofać się na wygodną kanapę. Obojętność może być rodzajem zdrady. Zabiegi formalne, które pojawiają się w „Domu dobrym”, nie są celem samym w sobie. Mają określoną funkcję i – tak jak choćby w przypadku judasza – znaczenie.
Film rozpoczyna się gładko. „Zbyt piękne kadry jak na Smarzowskiego” – pomyślałam na początku seansu. Pocztówkowe ujęcia, ciepło twarzy Gośki, głównej bohaterki (Agata Turkot), kiedy smsuje z poznanym w Internecie Grześkiem (Tomasz Schuchardt). Na tej gładkiej tafli szybko pojawia się pierwszy zgrzyt, wybijający widza z bezpiecznego zachwytu. Przenosimy się do skromnej kuchni, w której Gośka mówi do matki (Agata Kulesza): „Mamo, powiedz mi coś miłego” i nie uzyskuje odpowiedzi. Widzimy zatem Gośkę wychowaną w emocjonalnym chłodzie. Zainteresowanie Grzegorza trafia na podatny grunt.
A potem zaczyna się piekło. Wielu krytyków nieprzychylnie odniosło się do obrazu Smarzowskiego, nie zyskał on także uznania w oczach jury Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zdecydowanie odpieram zarzuty o brak empatii reżysera oraz posługiwanie się opinią, że ten film to „pornografia przemocy”. Film nie jest dokumentem, choć opiera się na rzetelnej dokumentacji. Jak podkreślają twórcy – każda historia w nim jest prawdziwa, żadna wyssana z palca. Jak odpowiedzieć tym, którzy porównują dzieło Smarzowskiego z filmami klasy C?
Reżyser konfrontuje widza z konkretną historią i mechanizmami przemocy, wobec której bywamy społecznie bezradni, a nieodległa historia pokazuje, że nawet bezdusznie obojętni. Kiedy zastanawiamy się, co to właściwie jest ta przemoc, bo w końcu to pojęcie ogólne i pojemne, reżyser wskazuje tzw. „czerwone flagi”, a dalej – bez kompromisów – czyni nas świadkami bicia, gwałtu, gaslightingu czy przemocy ekonomicznej. Kiedy Grzegorz wypomina Gosi, ile wydał na jej strój do nurkowania przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Ale kiedy informuje ją, że bez jej wiedzy i zgody wziął obciążający ich oboje kredyt na nowy dom, jesteśmy już w oku cyklonu.