To oryginalny zespół Amy miał być jednak w Poznaniu główną atrakcją i faktycznie był. Nawet gdyby w połowie utworów brakowało wokalistki, największe atrakcje pozostałyby z nami - na dowód wyjątkowy moment przedstawiania zespołu, w trakcie którego każdy z nich pokazywał swoje solówkowe możliwości, który był jednym z najciekawszych. I nie miało znaczenia, czy skoczny rytm pochodził z któregoś utworów Winehouse, czy niekoniecznie. Zresztą, na koniec tego fragmentu Beth zaśpiewała “Doo Wop (That Thing)” z repertuaru Lauryn Hill, i wypadło to świetnie.
Może byłby to ciekawszy wieczór, gdyby repertuar Amy częściej był urozmaicany tego rodzaju niespodziankami. Albo gdyby od początku zespół wymieszał piosenki z pierwszej i drugiej płyty słynnej wokalistki. Tymczasem na pierwsze, bardziej u nas znane, przeboje z bestsellerowego, drugiego krążka “Back to Black” musieliśmy czekać prawie godzinę. Jest jednak duża różnica w nośności debiutanckiego materiału Winehouse, w porównaniu z tym, co stworzyła z genialnym producentem Markiem Ronsonem.
Może gdyby było trochę głośniej, bawilibyśmy się lepiej, bardziej poczulibyśmy moc i kunszt zespołu, który rzecz jasna tkał dźwięki nader zgrabnie, ale trochę jakby na pikniku albo na próbie. Może gdyby było nas na sali trochę więcej, oni poczuliby się lepiej, a my poczulibyśmy od nich więcej energii.
“Czy czujecie magię?”, zapytała Beth już po drugiej piosence. Trochę tej magii brakowało, również po piosence dwunastej. Z jednej strony słychać było głośne rozmowy, z drugiej może zbyt duże skupienie na miejscach siedzących. Bo przecież zespół grał wspaniale, groove’u nie brakowało, czysta przyjemność obcować z tak sprawnymi muzykami, którzy potrafią przywołać ducha klasycznego funku i soulu, ale też tanecznego jazzu i reggae. W głowie zostaną mi również uśmiechnięty pianista i dwuosobowa sekcja dęta, kultura gry i wielkie doświadczenie u legendarnego basisty, no i skromna i wzruszona Beth Morris, dzięki której ten czas spędziliśmy w bardzo rodzinnej atmosferze.