Prokuratura z urzędu zajmie się pobiciem 15-latki. Policja reaguje na skandal w Obornikach
To musiało być dość dawno, bo pozostały w pamięci przede wszystkim zaskoczenie i oszołomienie zespołem i energią muzyki. W 2009 roku, posłuchałem debiutu zespołu z okolic Londynu. Płyta nosiła tytuł „Sigh No More” i różniła się znacznie od tego, czego wtedy słuchałem. Nie było gitar elektrycznych podbitych mocnym uderzeniem perkusji. Zrazu lekko i naturalnie, a jednak był w muzyce zespołu Mumford And Sons żar. Trudno było sobie wytłumaczyć, jak to możliwe, że muzycy z niedalekiej metropolii pełnej bitów elektroniki, wszelkiego rodzaju współczesnej kakofonii, tworzą właściwie muzykę folk. Tylko serca muzyków były rozpalone do granic, piosenki wybuchały jedna po drugiej. Mumford And Sons stał się odkryciem, nie tylko indywidualne, lecz dla muzycznego świata. Trio wtargnęło z płytą na listę bestsellerów magazynu Billboard, zagrało potem na festiwalu w Glastonbury, dostało kilka nominacji do nagrody Grammy i zdobyło statuetkę Brit Music Award. Zespół Mumford And Sons ma w Polsce wielu fanów. Grupa działa już prawie 20 lat, pierwszy raz przyjechała do nas na występy 14 lat temu i wracała jeszcze wiele razy. Po sześciu albumach wiemy, że muzycy grają melanż folku, country i rocka, lecz jest to muzyka akustyczna z wykorzystaniem instrumentów popularnych w nurcie bluegrass. To mandolina, dobro, bandżo, gitara.
Na nowej płycie „Prizefighter” brzmienie country jest jeszcze bardziej słyszalne. Trzej muzycy z oryginalnego składu trzymają się razem, chemia działa jak dawniej. Płyta składa się z 14 nagrań, w kilku piosenkach słychać zaproszonych gości. Są to artyści nie byle jacy: Hozier Gracie Abrams, Gigi Perez i Chris Stapleton. Głosy wymienionych solistów przełamują dominację Marcusa Mumforda, lecz nie na tyle, żeby zmieniło się klasyczne brzmienie kapeli. Ten zabieg pozwolił osiągnąć coś innego. Wydaje się, że zespół występuje w jakimś pubie, gdzie rozbawieni słuchacze pod wpływem impulsu, włączają się do wspólnego śpiewania. Mimo, całkiem dużego zbioru piosenek, płyta wydaje się za krótka. A nie jest, bo trwa 50 minut. W kolejnych melodiach ujawnia się ta charakterystyczna płynność i falowanie muzyki zespołu. Po spokojnych nagraniach następuje znaczące ożywienie i znowu śpiewne refreny, odsłaniają kunszt rzemieślniczej kreacji poszczególnych piosenek. Mumford And Sons prezentując nowoczesny folk-rock, delikatnie przesuwając piosenki w stronę formuły pop. Piosenka „The Banjo Man” znalazła drogę na listy przebojów. Jednak równie silne punkty płyty to piosenki „Rubber Band Man”, „Prizefighter” i zamykający płytę „Clover”. W nagraniach „Stray” i „Here” słychać bardziej sentymentalne nuty. Krytycy wnikliwie analizujący 6 dotychczasowych płyt Mumford And Sons, szukają powtórzeń, i słabszych stron muzyki zespołu. Świeżość i oryginalność słychać wtedy, gdy do Mumford And Sons wraca się co pewien czas, w rytmie wyznaczanym przez jego kolejne płyty. Album „Prizefighter” jest rodzajem odrodzenia zespołu, dowodem jeszcze większej dojrzałości i pasji muzycznej.