Zaczęło się przypadkowo, co każdy kolekcjoner płyt przeżywał wielokrotnie. Uwagę przykuwa okładka płyty, kupujemy kota w worku i o dziwo, zakochujemy się na długie lata. W 2012 roku zaciekawiła mnie płyta z nazwą „English Electric” na okładce. Sądziłem, że to nazwa zespołu. Tymczasem zespół nazywał się zupełnie inaczej Big Big Train. Też bardzo fajnie, prawda? Po roku byłem posiadaczem płyty z podobną okładką i takim samym tytułem. Miałem więc już „English Electric Part 1 & 2”. Okazało się, że jestem jak pasażer, który w ostatniej chwili wskoczył do wagonu i pyta pasażerów czy trafił do właściwego pociągu. Tym razem wskoczyłem dobrze i pojechałem w długą podróż. Big Big Train działa od 1990 roku, powstał w mieście Bournemouth w Wielkiej Brytanii. W tym 2012 roku spóźniłem się o chyba 6 płyt, zaległości uzupełniłem i rok za rokiem dorzucam kolejne wydawnictwa których jest już chyba 16.
Big Big Train to zespół rocka progresywnego w najlepszym tego terminu znaczeniu. Muzycy nie wyprą się, że są spadkobiercami angielskiej tradycji prog-rocka. Nie kopiują, nie są wtórni, lecz duch Yes, Marillion, IQ krąży. W początkowym okresie działalności, Big Big Train był projektem studyjnym. Ansambl dużo zyskał kiedy zaczął grać trasy koncertowe. Siłą rzeczy wywołało to ruch wewnętrzny i skład muzyków ulegał zmianom.
W 2021 roku zmarł wokalista orkiestry David Longdon. Nowym frontmanem został Alberto Bravin z popularnej włoskiej formacji Premiata Forneria Marconi. Zespół zawsze miał ciągoty do dużych form, do łączenia utworów w cykle.
Nowy album „Woodcut” jest – jak twierdzą muzycy – pierwszym w pełni koncepcyjnym albumem. Bohaterem ścieżki narracyjnej całej płyty jest „Artysta” i złożny proces twórczej kreacji. Mogłoby się wydawać, że takie założenie prowadzi w prostej linii do zaprezentowania płyty z muzyką mieszczącą się w haśle „sztuka dla sztuki”. Tymczasem jest zupełnie inaczej. To szeroko zakreślona, długa i bogata w napięcia emocjonalne i dynamiczne opowieść.
Muzycy użyli bardzo dużego zestawu instrumentów, jest zestaw klawiszy od fortepianu, Wurlitzera i mooga po organy Hammonda. Są dęciaki, wiolonczela, skrzypce i cały silny blok grupy rockowej. Dlatego pięknie brzmią wszystkie spiętrzenia dynamiczne, po których wyłania się fortepianowe solo lub niemal klasyczne ujęcie kameralistyki.
Prog-rock zupełnie nie wyczerpuje zawartości płyty, to znacznie odważniejsze zespolenie muzycznych gatunków, z zastosowaniem wyrafinowanych środków wyrazu. Są też piękne linie wokalne i melodyjne frazy gitary elektrycznej. Każdy któremu wydaje się, że prog-rock multiplikuje stare wzorce w innych konfiguracjach, po tej płycie zrewiduje podobne opinie. Muzycy dokonali rzeczy wspaniałej, stworzyli kompleksowe dzieło, dopracowane co do szczegółu, opowieść barwną i naszpikowaną pomysłami aranżacyjnymi.
Cztery kulminacyjne kawałki płyty to na pewno „The Artist”, „Warp And Weft”, „Counting Stars” oraz „Last Stand”. Prawdę mówiąc płyta złożona z kilkunastu utworów jest tak skonstruowana, że każdy kolejny fragment przykuwa uwagę. Nic, tylko słuchać i przeżywać. To jest rzeczywiście Wielki Wielki Pociąg, który zawiedzie słuchacza do krainy Muzyki.