NA ANTENIE: Kulinarne podróże. Małe i duże.
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Van Morrison w objęciach bluesa - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 20.03.2026 g.13:01  Aktualizacja: 20.03.2026 g.11:13 Ryszard Gloger
Poznań
Dawno, dawno temu wydawało się, że najlepsza muzyka powstaje w Memphis. Świat odkrył Elvisa Presley’a, nagrywanego na początku kariery w niewielkim studiu Sun Records. Miasto Memphis jeszcze raz zaimponowało młodym odbiorcom muzyki w latach 60-tych, kiedy wytwórnia Stax Records wylansowała soul.
Van Morrison „Somebody Tried To Sell Me A Bridge” - okładka płyty
Fot. okładka płyty

Spis treści:

    Ognisk dobrej muzyki przybywało. W Detroit muzycy z wydawnictwa Tamla Motown, stworzyli nowe brzmienie pop-soulu. W tej samej dekadzie, świat oszalał z powodu sceny muzycznej prosto z Liverpoolu. The Beatles i dziesiątki innych zespołów zmieniły oblicze muzyki młodzieżowej. Wtedy starsze roczniki entuzjastów muzyki pokochały także Irlandię. W 1964 roku wyskoczyła grupa Them. Bardziej rozwinięci geograficznie młodzi słuchacze znaleźli wyspę Irlandię i wykrojony kawałek Irlandii Północnej. Dociekliwi dowiedzieli się, że grupa Them pochodziła z Irlandii i powstała w mieście Belfast. W zespole wokalistą był rudowłosy chłopak Van Morrison. Przez następne pół wieku wyrósł na światową gwiazdę. Artysta ma armię miłośników, którzy akceptują wszystko co tworzy i nagrywa.

    Czas płynie, tu i tam da się usłyszeć pytanie: Komu potrzebna jest muzyka Vana Morrisona? Oczywiście, nie każdemu jest potrzebna, Artyści, którzy tylko odcinają kupony od swojej dawnej sławy, potrafią wywołać zakłopotanie. Van Morrison na szczęście nie należy do tego gatunku. Nieustannie komponuje i wydaje nowe płyty. Nie próbuje również za wszelką cenę, nadążyć za modą i ubierać piosenki w nowe szaty. W przypadku tego muzyka jest odwrotnie. Van Morrison jest coraz bardziej uzależniony od tradycji. Z bluesem flirtuje od wielu lat, lecz chyba dopiero teraz na płycie „Somebody Tried To Sell Me A Bridge” robi to bez jakichkolwiek zahamowań i kalkulacji. Nawet tytułowa piosenka jest pewną wskazówką, w której artysta zdaje się mówić: nie jestem z tych, którzy chcą wciskać ludziom kit.

    Współczesny świat roi się od naciągaczy, którzy potrafią naiwniakom sprzedać przysłowiową kolumnę czy symboliczny most. Dlatego czytamy uważnie maile i smsy, mając świadomość, że ktoś próbuje nas brzydko wkręcić lub wręcz okraść. Van Morrison jest na płycie szczery i proponuje 20 utworów, część to jego własne kompozycje lub utwory z ogromnego katalogu bluesowych perełek. Znajdziemy więc Johna Lee Hookera „Deep Blue Sea”, „On A Monday” Leadbelly’ego, „I’m Ready” Williego Dixona. (Na płycie jakiś mniej zorientowany autor opisu, zniekształcił to ostatnie nazwisko i jest Willie Dickson).

    Na omawianej płycie dominuje brzmienie dużej orkiestry, z sekcją dętą, organami Hammonda i od czasu do czasu z udziałem chórku. Stylistycznie bluesy Vana Morrisona są ujęte klasycznie, lub bardziej otwarte na jazzowe synkopy. Jak zwykle u tego artysty, wśród uczestników sesji nagrań, znajdujemy muzyków z wysokiej półki. Jednym z wykonawców jest Anthony Paule – gitarzysta i kierownik własnej orkiestry. Na fortepianie gra m.in. sam Mitch Woods. Są też inni znamienici goście: Buddy Guy, Taj Mahal, Elvin Bishop i Tom Hambridge.

    Tak spora dawka bluesowej muzyki mogłaby w pewnym momencie wywołać u odbiorcy znużenie. Van Morrison zadbał o to, przykładając się do zmiany rytmiki, tempa i aranżacji utworów. Strona wokalna utrzymana jest na wysokim poziomie i trudno nie podziwiać tego z jaką swobodą i wyczuciem śpiewa bluesa Van Morrison. Nie kupujcie kota w worku, sprawcie sobie przyjemność tą płytą.

    https://radiopoznan.fm/n/pKjQnN
    KOMENTARZE 0