Faktycznie, dotychczasowe fazy negocjacji właściwie wszystkie strony uznają za mało owocne. Na ich atmosferę nie wpłynął pozytywnie fakt wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Również zmiana władz we Francji - prezydent Holland był radykalnym krytykiem Brexitu - nie przyniosła znacznej poprawy. Prezydent Macron zbudował swoją popularność przecież na pro-unijnych hasłach.
Możliwe, że dopiero stabilizacja i ustanowienie nowego (prawdopodobnie chadecko-liberalno-zielonego) rządu w Niemczech zapoczątkuje przejście do nowej fazy rozmów. O braku "wystarczającego postępu" w rozmowach wspomniał dziś podczas konferencji prasowej w Tallinie także przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Obie strony oskarżają się o fiasko rozmów. Strona brytyjska oskarża Brukselę (i Berlin), że ta ma zbyt wielkie oczekiwania względem Londynu, a z kolei UE za to, że Brytyjczycy nie chcą ponosić należnych kosztów (chodzi nawet o sumy rzędu 50 miliardów euro). Z badań sondażowych jasno wynika, iż znaczna liczba Brytyjczyków nie życzy sobie płacić czegokolwiek, nawet gdyby sumy te miały być znacznie zmniejszone. Determinuje to oczywiście postawę rządu pani May.
Pomimo dużej pewności siebie, dostrzegalnej po unijnej stronie, to jednak Londyn posiada dziś kilka istotnych atutów po swojej stronie. Pierwszym z nich jest możliwość realizacji polityki określanej jako hard-Brexit, czyli radykalnego zerwania z Unią i całkowitego wyjścia z niej bez żadnych pośrednich form partnerstwa. Opcja ta, wbrew pozorom, jest o wiele mniej korzystna dla Unii niż dla Wielkiej Brytanii, której gospodarka nawet po okresie załamania może szybko odzyskać równowagę.
Innym atutem Londynu jest podkreślane przez May zagadnienie bezpieczeństwa. Trudno wyobrażać sobie budowanie jakiegokolwiek systemu wzajemnego bezpieczeństwa w Europie bez udziału Wielkiej Brytanii - choćby z tej racji, że jest to drugie po Francji mocarstwo atomowe na kontynencie. May podczas konferencji w Tallinie wspominała szczególnie o zagrożeniu, jakie stanowi dla ładu międzynarodowego dzisiejsza polityka Kremla. Słowa premier można odczytywać jako rodzaj propozycji (bądź szantażu) skierowanej do nowych-starych władz w Berlinie: w zamian za mniejsze wymagania finansowe i koszty, jakie Brytyjczycy będą musieli ponieść w związku z opuszczeniem wspólnoty, Londyn wzmocni potencjał systemu bezpieczeństwa budowany przez Berlin w Europie.
To, co dodatkowo pogłębia problem w procesie negocjacji, to przesilenia wewnętrzne i spory w obozie rządzącym w Wielkiej Brytanii - Partii Konserwatywnej - a nawet próba rozliczenia czerwcowych wyborów. May zaatakowała niedawno własną partię, tłumacząc czerwcową klęskę nieprzygotowaniem partii do elekcji. Według niej zawieść miał mechanizm wewnętrznej komunikacji. Idee May rzekomo zostały źle prezentowane społeczeństwu przez polityków partii. Z kolei wielu prominentnych konserwatystów wskazuje, że zawiodło przede wszystkim słabe przywództwo premier. W przyszłym tygodniu odbędzie się doroczna konferencja Konserwatystów i może być to trudny czas dla pani May, którą wspiera wyłącznie 29% członków partii (jak donosi The Times). Na szczęście dla niej tylko mały odsetek pragnie, aby zrezygnowała natychmiast.
Wskazuje to jednak na dużą niepewność wewnątrz partii. Gdyby na horyzoncie istniała jakaś oczywista alternatywa, to konserwatyści by ją wsparli. Konkurenci do fotela szefa partii (Boris Johnson, David Davis, Jacob Rees-Mogg, Ruth Davidson) nie posiadają jeszcze silnej bazy poparcia. Dodatkowo często radykalnie różnią się od siebie w wielu sprawach. Podobne poparcie ma zarówno liberalna obyczajowo Davidson, jak i konserwatywny Rees-Mogg. Wedle badań sondażowych to Johnson - notabene najmocniej atakowany przez przeciwników - ma największe poparcie szeregowych członków.
Inne badania, które mogą zaniepokoić brytyjską premier, dotyczą ewentualnego ponownego referendum w sprawie wyjścia z Unii i ogólnej oceny stanu państwa. Rośnie liczba tych, którzy oceniają go negatywnie i łączą ten fakt z wyjściem z Unii. Wprawdzie złe oceny przeważają wśród tych, którzy byli za pozostaniem we wspólnocie (przeszło 70%), lecz generalny trend obejmuje całe społeczeństwo. Dziś już 34% Brytyjczyków (wzrost o 6%) oczekuje ponownego głosowania w tej sprawie. Na razie tak konserwatyści, jak i laburzyści wykluczają ten temat, lecz oczywiście może to się zmienić, jeśli społeczny nacisk będzie zbyt duży.
Ponowne głosowanie byłoby dla Wielkiej Brytanii fatalnym scenariuszem. Jeśli Londyn miałby cały ten proces odkręcać, nie pozostałoby mu nic innego, jak przyjąć podrzędną pozycję względem Unii. Oznaczałoby to - niezależnie od wyniku - osłabienie pozycji Wielkiej Brytanii na arenie międzynarodowej, jak też to, że nie potrafi ona obrać konkretnej strategii. Fakt wzrostu liczby Brytyjczyków, którzy oczekują ponownego głosowania i przedkładają pozostanie we wspólnocie ponad inne sprawy, pokazuje słabą pozycję rządzących konserwatystów.
Niezależnie od tego, jak oceniać decyzję o opuszczeniu wspólnoty, jest ona faktem. Proces już się rozpoczął i nagła zmiana w tej sprawie niezwykle osłabi pozycję Londynu, który i tak ma problem z narzuceniem swojej woli Brukseli. A co, jeśli przyszłoby Brytyjczykom prosić o wybaczenie?
Lewica brytyjska nie podjęła jeszcze tematu. Szefostwo Partii Pracy dalej wspiera wyjście ze wspólnoty, postulując tylko inne - bardziej miękkie - warunki. Lecz dla Corbyna, lidera Laburzystów, przejście na pozycję Bremain nie będzie jednak trudne. W przeciwieństwie do May jego pozycja wewnątrz jego partii jest niezachwiana. Zmiana zdania w sprawie wyjścia z Unii nie musi go więc osłabić. Tym bardziej, że idea ponownego referendum wśród wyborów lewicowych ma wsparcie około 70%, a wspierający ją to przecież głównie zwolennicy pozostania w Unii.