Czaszki przywiozła córka nieżyjącego medyka, pani Marei Drassdo. Wszystko wskazuje na to, że to szczątki Polaków preparowane przez dziekana wydziału medycznego uczelni prof. Hermana Vossa.
Pani Marei Drassdo mieszka w Leonbergu. Opiekuje się tam nazistowskim obozem pracy przywracając pamięć więźniom. Postanowiła zrobić to również z czaszkami, które były w posiadaniu jej rodziny od czasów wojny. - Pamiętam, że ojciec pokazywał mi je, otwierał i objaśniał. Kiedyś zapytałam go skąd je ma. Powiedział, że kupił je w Poznaniu za niewielkie pieniądze. Służyły mu do nauki anatomii - mówi Marei Drassdo.
Doktor Czesław Żaba z Zakładu Medycyny Sądowej podda czaszki szczegółowym badaniom.
- W pierwszej kolejności wykonamy badania antropologiczne mające ustalić płeć ofiar, ich wiek, a jeśli to będzie możliwe to również kiedy nastąpił zgon.
Za kilka tygodni zobaczymy twarze tych ludzi, opublikujemy wizerunki w Internecie i będziemy szukać ich rodzin. Zajmie się tym związany z Radiem Poznań historyk Jarosław Burchardt: - Nawet jeśli nie uda nam się ustalić personaliów, to i tak pochowamy czaszki z honorami na jednym z poznańskich cmentarzy.
Dziekan Wydziału Medycznego Uniwersytetu Rzeszy w Poznaniu, anatom prof.Hermann Voss przeprowadzał makabryczne doświadczenia na ludziach i zwłokach. Preparował czaszki i sprzedawał je muzeom. Jak się okazuje - również studentom. Po wojnie książki Vossa były tłumaczone, a on sam cieszył się tytułem honorowego obywatela NRD.
Ile takich czaszek jest jeszcze w niemieckich szafach?