Oczywiście, że wiedzieli, to profesjonaliści. Na wszelki wypadek poprosili też o pomoc ekspertów z ligi światowej - Kanadyjczycy z firmy PixMob swoimi opaskami LED wynieśli na wyższy poziom widowiska takich gwiazd, jak Coldplay czy Taylor Swift, tym razem pomogli w tym Dawidowi. W porównaniu do stadionowego koncertu sprzed dwóch lat więcej więc było sceny, więcej telebimów, no i dodatkowy efekt “wow” w postaci rzeczonych opasek. To prosty, acz bardzo skuteczny wizualny trick - szeroki uśmiech automatycznie pojawia się na twarzy, gdy te “kolorowe lampki” zaczynają tańczyć razem z nami. A gdy wszystkie razem się mienią, migoczą albo migają, ach!
Co jeszcze można było dodać, żeby było jeszcze bardziej, jeszcze więcej, jeszcze lepiej? Zabrakło chyba tylko szaleństw laserowych i fajerwerków, jakby Podsiadło chciał jednak pokazać swoją odrębność od spektakularnych opraw multimedialnych znanych z festiwali muzyki elektronicznej, z których czerpią garściami dzisiejsze widowiska koncertowe. "To jest mój peak. Lepiej już nie będzie", powiedział pod koniec koncertu, czując wielką przychylność poznańskiej publiczności. Dodał nawet kokieteryjnie, że "cała moja kariera zmierzała do tego, żeby dziś tu zagrać taki koncert".
A może nie do końca kokieteryjnie, bo wcześniej, po raptem dwóch utworach, siadając do pianina zaskoczył nas wcale nie krótką opowieścią o ludziach krytykujących go w internecie po ostatnich koncertach w Chorzowie. Żartował, że wbrew podejrzeniom jego wygląd i zachowanie na scenie to nie efekt imprezowania, że "tylko dużo gra w gry". Na pewno jednak jest na bieżąco z sieciowymi komentarzami, bo nie zabrakło odniesień do “AI-owej afery” z ostatnim teledyskiem ("spokojnie, teledysku nie będziemy puszczać, będzie sama piosenka") oraz wzmianki o "raptem 40 artykułach o tym, że ma dziewczynę".
Show zatem dostaliśmy na iście kosmicznym poziomie, a co z resztą? Czy faktycznie muzyka zeszła na dalszy plan, jak napisaliśmy w naszej pierwszej, spontanicznej relacji? I skąd te chorzowskie komentarze o tym, że "Podsiadło odfajkowuje koncerty?
Odpowiem znów słowami jednego z słuchaczy, a konkretnie słuchaczki komentującej krótki film z fragmentem “Małomiasteczkowego” - "brzmi trochę, jakby znudziła go własna piosenka". Czułem podobnie, ale może nie powinniśmy się dziwić, skoro to radiowy hit wałkowany od 8 lat? Wciąż jego największy, mimo wielu kolejnych premier, może Dawid go nie lubi? Może dlatego zaśpiewał go na sam początek koncertu, co musiało wszystkich zdziwić (najbardziej tych, którzy się spóźnili i przegapili), może chciał go mieć szybko za sobą?
Tylko, że to nie był odosobniony przypadek, bardziej norma. W niedzielę rano w Wiadomościach Radia Poznań mówiliśmy, że "Dawid śpiewał na dużym luzie", ale pierwotnie ten opisał miał brzmieć "z dużą nonszalancją". To dziś modne słowo, tak jak modny jest wśród młodzieży taki “attitude”, czyli podejście do życia, sytuacji, ludzi. "Na chillu", bez stresu, jakby od niechcenia. W taki sposób rapuje albo śpiewa wielu czołowych artystów świata, jak chociażby Drake. W nowych piosenkach Dawida jest, owszem, podobny "vibe", ale śpiewanie w taki sposób starych hitów wydaje się pomysłem co najmniej ryzykownym. Zwłaszcza, że często sprawia to po prostu wrażenie, że jemu się faktycznie nie chce.
Ja wiem, że dla większości osób pod sceną to mogło nie mieć większego znaczenia, ale to często było śpiewanie jak na próbie (!), z omijaniem trudniejszych do złapania dźwięków, wymienianiem ich na prostsze, niższe, inne, czasem nawet w konwencji żartu. Gdy trzeba było sięgać bardzo wysoko albo wrzasnąć, jak w "Nieznajomym" czy "Szarość i róż", wszystko było wspaniale i ciary na całym ciele, ale średnie wysokości traktowane były ewidentnie po macoszemu. Plus kilka, co najmniej trzy momenty, w których nie trafiał w początek wersu, zgrabnie zamieniając to w dowcip w rodzaju "zawsze tu się mylę".
Oczywiście wszystko miał wybaczone, zwłaszcza że pasowało to do konwencji całej konferansjerki, która u Dawida jest ważnym elementem każdego koncertu. Tym bardziej ważnym, że robiącym często nie mniejsze wrażenie, niż 27-metrowa scena. Nie ma drugiego takiego artysty w Polsce, na którego koncertach tyle razy słychać wybuchy śmiechu (wraz z Leszkiem Możdżerem stworzyliby pewnie duet absolutnie zabójczy), trudno też znaleźć takiego, który potrafiłby z taką swadą i humorem komentować na bieżąco to, co słyszy od fanów pod sceną, albo co czyta na ich kartkach: "Mam podejść bliżej, bo zapomniałaś okularów? Jak to, kiedy to napisałaś? Skąd wiedziałaś, że zapomnisz?".
Wracając do muzyki - zaryzykuję stwierdzenie, że wcześniejsze przeboje Podsiadły wymagają jednak śpiewania ich z pietyzmem i wyciąganiem wszystkich dźwięków, że bez takiej skrupulatności tracą na swojej mocy, gubią ważne melodyczne wątki, dzięki którym stały się przebojami. Gdy usłyszałem od znajomego basisty, że "poza kilkoma wyjątkami muzyka zlewała mu się w całość i zabrakło magicznych momentów", najpierw się nie zgodziłem. Potem zdałem sobie sprawę, że znam te kompozycje lepiej od niego i tak jak większość fanów na koncercie pewne rzeczy potrafiłem sobie dopowiedzieć, dośpiewać, dokończyć układanie piosenkowych puzzli. On, nie będąc wiernym fanem, miał trudniej - zabrakło nie tylko wokalnej dokładności, ale też bardziej zróżnicowanych aranżacji. Może czasem dłuższego intra albo outra (tu plus za końcówki z niespodziankami w postaci fragmentów utworów Moby’ego “Why Does My Heart Feel So Bad” i Talking Heads “Road To Nowhere”), może jakiegoś dodatkowego kontrapunktu czy oddechu, którym swego czasu było marszowe i zagrane z orkiestrą dętą “Szarość i róż”.
Tym razem rytm został uproszczony i utaneczniony, jak wcześniej uczyniono z “Trójkątami i kwadratami” (nie aż tak bardzo, ale jednak), co - a propos momentów magicznych - jeden z nich nam zabrało. Na szczęście zostało kilka nastrojowych fragmentów (“Mori”, “Nieznajomy”, “Let You Down”), które nawet bez współczesnych świeczek w postaci telefonów lub opasek, wciąż poruszały i robiły wielkie wrażenie.
Żeby było jasne - "wielkich wrażeń" było więcej, właściwie to były przez cały czas, pod względem spektakularności i rozrywkowości nie było słabych punktów przez całe dwie i pół godziny. Doskonała impreza trwała w najlepsze, z kolejnych hitów i opaskowych świecidełek cieszyliśmy się jak dzieci, podobnie jak z piosenek Myslovitz i hymnu Męskiego Grania “I ciebie też, bardzo” na sam koniec. Swoją drogą fakt, że Dawid zaśpiewał aż dwa utwory z repertuaru zespołu Artura Rojka to chyba największe zaskoczenie tego koncertu - drugie, że "Długość dźwięku samotności" było na pierwszy z dwóch bisów. Jakby mu zazdrościł tej melodii i tekstu, bo w jego trakcie stadion śpiewał chyba najgłośniej. Do wykonania “Chłopców” zaprosił laureatkę Fryderyka za popowy album roku Zalię, której głos na żywo wypadł świetnie i mocno, a drugim gościem był raper OKI. Gdy jednak wysłałem film z tym ostatnim występem synowi, ten odpowiedział: "Super sprawa. Ale Podsiadło jakby nie znał za dobrze tej piosenki, albo trochę fałszuje".
No właśnie, no właśnie, co z tym śpiewaniem? Czy Podsiadło stwierdził, świadomie lub nie, że konstruując tak potężne, multimedialne widowisko nie trzeba już się starać przed mikrofonem? Że będziemy tak oszołomieni feerią świateł, że nikomu to nie będzie przeszkadzać? Że skoro śpiewa kilkadziesiąt tysięcy osób, to on już nie musi? Trochę jak niektórzy polscy raperzy, którzy wyręczani są wokalnie przez swoją młodą publiczność od pierwszej do ostatniej minuty koncertu.
Zastanawiałem się też, czy grający razem z Dawidem świetni gitarzyści i genialni kompozytorzy (piszą ostatnio połowę polskich hitów dla wielu wykonawców) Olek Świerkot i Kuba Galiński ani razu nie dali mu tego do zrozumienia? Nikt z licznej przecież ekipy muzyków, tancerzy, a nawet chóru (szkoda, że nie wszędzie było go słychać) nie zasugerował mu, że "to źle wygląda"? A może mówią, ale on nie słucha? Właściwie zważywszy na aktualny status Dawida Podsiadły, który zresztą utrzymuje się już od prawie dekady, nie zdziwiłoby nas zupełnie, gdyby na tę chwilę czuł, że to zawracanie głowy i nie ma o czym rozmawiać. Reasumując jest tu coś jeszcze do zrobienia, można coś jeszcze poprawić i zrobić jeszcze większe wrażenie. To jednak nie był "peak", może być lepiej, jeszcze lepiej.