Zastanówmy się przy tej okazji: czy to co wydarzyło się w Jarocinie świadczy o sile społeczeństwa obywatelskiego (w tym jego władz lokalnych) czy o bezsilności wobec czegoś co uważamy za złe czy niebezpieczne? Czy sam happening nie był symbolicznym linczem?
Happening przeciw handlowi dopalaczami w Jarocinie był pomysłem szefa Gazety Jarocińskiej Piotra Piotrowicza. Ale gazeta poszła dalej - otóż przed happeningiem opublikowała nazwiska. Gazeta co prawda bała się opublikować nazwiska pracowników sklepów z dopalaczami, ale nie bała się publikować nazwisk właścicieli nieruchomości, w których te sklepy działają.
Na ulicy św. Ducha w Jarocinie, tam gdzie odbył się happening, sklepu z dopalaczami od kilku dni nie ma. Właściciel lokalu twierdzi jednak, że nie zmuszał najemcy do likwidacji asortymentu. Akcja przeciw dopalaczom w Jarocinie przyniosła pierwsze efekty.
Obecnie niektóre sądy orzekają wobec pijanych rowerzystów czy kierowców wyroki, których elementem jest publikacja wyroku w lokalnej prasie lub w publicznej gablocie. Czyli obecnie można napiętnować pijanych uczestników ruchu - ale tylko za zgodą sądu.
Kilka dni po akcji przeciw sprzedaży dopalaczy nasz reporter odwiedził sklep, który mimo akcji - działa w Jarocinie nadal. Czy sprzedawca dopalaczy wykonuje taką samą pracę jak sprzedawca butów? Pamiętajmy, że mówimy o sprzedaży czegoś, co oficjalnie jest legalne (choć dodajmy też, że w życie weszły właśnie przepisy zabraniające sprzedaży niektórych dopalaczy zawierających środki, które formalnie uznano za nielegalne. Czy jednak można publicznie napiętnować coś co jest legalne, choć tzw. mądrość społeczna uważa to za szkodliwe?
Zapraszamy do dyskusji na antenie i naszej stronie internetowej. Czy w dzisiejszych czasach takie metody jak ostracyzm społeczny lub bojkot przynoszą jeszcze efekty?