Tym razem demonstracja była stacjonarna. Służby ze względów bezpieczeństwa nie zgodziły się na przemarsz, bo na jego trasie zgłoszono 78 kontrmanifestacji. Przed katedrą zebrały aktywistki, feministki, działaczki związkowe. Na jednym z transparentów napisały: "Wymawiamy służbę w domu i w pracy". Kobiety wspierali mężczyźni.
- Kobiety są nadal traktowane jak istoty gorsze. Oczywiście tak źle, jak było jeszcze kilkanaście lat temu nie jest, ale mimo wszystko równości między płciami ogólnie w społeczeństwie nie ma. Kobieta nie bez przyczyny jest nazywana menedżerką poważnie działającej instytucji, jaką jest rodzina - mówił jeden z demonstrujących panów. My już nie mamy możliwości, by wiele zmienić, ale mamy córki, wnuczki. Dobrze nie jest. Na porządku dziennym jest seksizm czy na uczelni czy w pracy. Są takie zawody, w których jak usłyszą, że jest się kobietą, to odpowiadają "wolimy mężczyzn". Młode pokolenia są w stanie wiele zmienić, chociaż, jak rozmawiałam z moją babcią - ona jest murem za nami - mówiły protestujące kobiety.
W tym roku Manifa odbyła się pod hasłem: "Ani pana ani plebana. My jesteśmy rewolucją". Kobiety przyniosły pod katedrę transparenty, na których napisały antyrządowe i antykościelne hasła, ale też żądania odnoszące się do ich sytuacji: "Więcej siana w żłobkach" czy "Stop przemocy wobec kobiet".
Demonstrację ochraniały spore siły policji. Nie można było dojechać samochodem w okolice katedry. Przejazd blokowały radiowozy. Według szacunków policji, w Manifie uczestniczyło około 400 osób. Żadna ze zgłoszonych kontrmanifestacji się nie odbyła.