Strażnicy twierdzą, że kobieta nie posprzątała, oskarżona mówi, że miała woreczek, ale odchodów po prostu nie znalazła w trawie. To jedna z niewielu tego typu spraw w mieście, bo zazwyczaj strażnicy spotykają się z poznaniakami w sądzie, w sprawach dotyczących fotoradarów.
Kobieta mandatu nie przyjęła, I tu historie znów się różnią, bo poznanianka twierdzi, że przez ponad rok od spotkania ze strażnikami nie docierały do niej żadne pisma. Otrzymała jedynie wyrok sądu, który nałożył na nią 50-złotową grzywnę.
Od tej decyzji się odwołała, a podczas rozprawy sąd, z uwagi na nowe okoliczności, powołał biegłych, wyznaczył obrońcę z urzędu i sprawa będzie toczyć się dalej. W sumie każdy podatnik zapłaci za te przepychanki co najmniej kilka tysięcy złotych. Strony okopały się na swoich stanowiskach.
Kolejna rozprawa między właścicielką a strażą miejską już w grudniu. Są niewielkie szanse na to, że zapadnie wyrok. Im dłuższa sprawa, tym wyższe będą koszty.
Anna Skoczek/as/int