NA ANTENIE: D'YER MAK'ER/LED ZEPPELIN
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Z Kalisza na Woodstock - rowerem!

Publikacja: 03.08.2012 g.10:30  Aktualizacja: 03.08.2012 g.10:34
Poznań
Rowerem na Przystanek Woodstock wyjechało z Kalisza ośmiu miłośników dwóch kółek. Przed nimi ponad 330 km. Uczestnicy jadą systemem sztafetowym. Każdy z nich popedałuje ok. 50 km. Do Kostrzyna dotrą w piątek wieczorem.
Sztafeta na Woodstock - 2012 - Danuta Synkiewicz
/ Fot. Danuta Synkiewicz

Spis treści:

    - Jedziemy po raz dziesiąty. Promujemy dobrą zabawę i aktywny styl życia. Woodstock to impreza ekologiczna, mamy więc w naszym gronie jednego ekologa. Na miejscu zorganizujemy zawody kolarskie dla uczestników Przystanku Woodstock - mówią uczestnicy sztafety.

    Prócz ekologa na rower wsiądzie także kominiarz - na szczęście. Po raz pierwszy na muzycznym festiwalu kaliska sztafeta pojawiła się 1 sierpnia 2003 r., kiedy Przystanek Woodstock odbywał się w Żarach. Wówczas pięciu cyklistów pokonało prawie 350 km trasę. Do tej pory w ramach dziewięciu sztafet cykliści przejechali łącznie około 2800 kilometrów.

    https://radiopoznan.fm/n/
    KOMENTARZE 5
    40 latka 17.08.2012 godz. 12:36
    a ja kocham Woodstock od mlodych lat i wszystkich co tam docieraja, bez wzgledu na to czy na rowerze, czy pociagiem, na stopa, a i własnymi samochodami... spie na polu woodstockowym i czekam na wszystkich mlodych i starych
    Rychu 17.08.2012 godz. 10:45
    Andrzeju... Tu nie chodzi o napinkę tylko o fakt, że w Polsce z rzeczy niewielkich robi się wiele szumu i bije pianę.
    Może to ze względu na wakacyjną nudę. Fajnie jest, gdy redaktorowie wkładają trochę wysiłku i opisują rzeczy czy wyczyny naprawdę opisania tego warte.
    Czy Ty, jako rowerzysta wiesz o tym, że pod koniec sierpnia 1988, w miejscowości Nuembrecht (RFN), na trzecich mistrzostwach Europy pojazdów mięśniowych, polski pojazd obudowany "Sweet Surprise", wykonany kosztem 500set ówczesnych marek, napędzany przez - nigdy nie trenującego kolarstwa - młodego studenta - turystę rowerowego, w sprincie na 200m, ze startu lotnego (ok. 800 m) osiągnął wynik 94,8 km na godzinę!!!
    Do tej pory, z tego co wiem, nikt w Europie nie jechał szybciej.
    Tym wynikiem pokonał (93,6) najlepszego i najdroższego (ok. 100tys marek) "Vectora", napędzanego przez WICEMISTRZA olimpijskiego z Los Angeles. W sprincie kolarskim właśnie.
    O tej NIEWYOBRAŻALNEJ wręcz sensacji trąbiły największe, ogólnoeuropejskie czasopisma rowerowe zachodniej Europy (Tour, Rad fahren, czy New Cyclist) przez kolejne trzy lata!!!!!!
    A w Polsce ktoś wiedział o tym czy wie??? Nie.
    Nawet p. Bajew mimo, że rowerzysta i to mający 50 redaktor, też pewnie nie wie.
    Ja wtedy tam mieszkałęm, więc co nie co poczytałem.

    A jeśli idzie o dobrą zabawę, to dodam, że tych zabaw jest tyle ilu jest ludzi.
    Na przykład rodzina mojej ciotki, chorej na Parkinsona, miała dobrą zabawę i radochę, gdy ta trafiła łyżką do japy, a nie do oka. Wszyscy się wtedy cieszyli i cioci gratulowali.
    Zaś rodzina mojego kumpla co dzień bawi się dobrze, zwłaszcza, gdy ich 80cioletnia babcia z Alzheimerem kichnie i nie zapaskudzi gaci.
    Ale o tych przypadkach DOBREJ ZABAWY radio jakoś nie mówiło.
    Andrzej 14.08.2012 godz. 21:05
    I po co ta napinka? Niech każdy jedzie jak chce. Nawet te żałosne niedojdy niech sobie popierdują - naprawdę dobrze na tym wyjdą.Nie każdy jest w stanie zrobić 300 km w jeden dzień ( wiem, bo zrobiłęm). A ci, co są w stanie - raczej wsiądą na rower bez żadnej propagandy.
    PS. Impreza może rzeczywiście trochę dęta.Ale co to komu przeszkadza? Mam nadzieję, że bawili się dobrze.
    Rychu 03.08.2012 godz. 23:02
    Acha!. Dodam że do Lublina pojechałem poznać tatusia, który raczył porzucić mnie i brata, gdy miałem 6 lat.
    Bardzo się wzruszył, gdy zobaczył wysportowanego wysokiego byczka, choć po takiej trasie okrutnie wykończonego.
    Na drugi dzień, pomimo wypitej z tatą gorzałki, popadłem z wycieńczenia w jakieś choróbsko i osłabienie i na 5 dni wylądowałem w łóżku. Chyba jadąc przez góry, w końcówce sierpnia i to bez koszulki, przeziębiłem płuca..
    Powietrze było dość chłodne.
    Ale dojechałem i tata okazał się znakomitym kumplem.
    Rychu 03.08.2012 godz. 22:49
    W tym Kaliszu to ludziska naprawdę lubią błaznować. Jak nie sztafety rowerowe do Wa-wy na orkiestrę ŚPrzemocy, to biegi i jazdy do nieoficjalnej stolicy Polski czyli Watykanu, a teraz te wygłupy. Byle tylko zaistnieć.
    Biedne zakompleksione szaraczki.
    Co to jest dla wytrenowanego rowerzysty 50km???!!!
    Gdyby taką sztafetę zorganizował dom starców, to rozumiem.
    Mając 19 lat trasę Częstochowa - Lublin przez Ostr. Świętokrzyski, Nową Słupię i Góry Świętokrzyskie zrobiłem w jeden dzień. Na rowerze marki Ukraina. Bez przerzutek (zwykłe torpedo) i na stalowych obręczach.
    Wyjechałem chyba ok. 4 tej rano i ok 22giej byłem w Lublinie.
    Po wojsku (w 76tym) mając 22 lata trasę Skalbmierz (na płn. od Miechowa) do mojego domu, czyli 310 km zrobiłem w 16 godzin. W wannie niestety zemdlałem letko. Nikt jakoś o tym nie pisał.

    Królewski wyścig czyli Trondheim - Oslo o długości 540 km. ludziska robią też w jeden dzień. Rekord to ok. 14 godzin. A tu gamonie na tak krótkiej trasie sztafety robią. Wstyd.

    p.s. Panie Sławku Bajew proszę sprawdzić w internecie ten wyścig Trondheim - Oslo i jego rezultaty. No i trochę rozpropagować prawdziwe jeżdżenie na rowerze, a nie popierdywanie żałosnych niedojd.
    W USA był kiedyś coroczny wyścig pt:A cross America. 5000km w 10 dni.
    Na zachodzie się jeździ. U nas od wielu lat się popierduje i głośno o tym z dumą i radością mówi.