Autorką biografii Anny Nehrebeckiej jest Katarzyna Ostrowska, która również była gościem Regionalnego Centrum Kultury w Pile i prowadziła spotkanie Klubu DIALOG.
Zapis rozmowy:
AN: Muszę powiedzieć, że jestem niesamowicie zaskoczona i wdzięczna, bo różne spotkania się odbywają, ale to nie było spotkanie, to była rozmowa z cudownymi ludźmi. Wspaniała, cudowna rozmowa i naprawdę się cieszę, że mogłam tu być i że to spotkanie się odbyło i fajnie, że są tacy ludzie.
MW: Naszą rozmowę chciałem rozpocząć od pytania o to, jak to się stało, że została pani aktorką, ale to pytanie pada w książce, o której panie mówiły, więc odsyłamy po odpowiedź do tej książki. Zapytam więc o pani role serialowe z lat 70. W jaki sposób te role wpłynęły na pani rozwój jako aktorki?
AN: Nie mogę powiedzieć, że serial rozwijał mnie aktorsko. Nie mógłby mnie rozwinąć, gdybym ja sama się chyba nie rozwijała, nie pracowała, nie myślała. Aktorstwo to jest taki zawód, w którym człowiek się całe życie uczy. Jeżeli aktor powie: "ja już wszystko wiem, ja wiem jak to zagrać, wszystko umiem", to powinien zakończyć ten zawód. Nie pracować już w tym zawodzie. Bo to jest nieprawda, że w tym zawodzie się wszystko umie i że się człowiek nie uczy. Jeżeli go traktuje poważnie, to każda rola, mała czy duża, jest jak gdyby takim małym schodkiem, żeby ewentualnie zdobyć następny, żeby się czegoś nauczyć od kolegów, od reżysera, poznać bardziej siebie i móc to wszystko dalej rozwijać.
MW: A jak ważnym schodkiem była pani rola w „Ziemi obiecanej”? Czy to była pani filmowa „ziemia obiecana”?
AN: W jakimś sensie na pewno tak, bo zagranie u Wajdy w tak w rewelacyjnym filmie to jest szczęście od losu. Na pewno w jakimś sensie. Nie powiem, że mnie ukształtowała aktorsko, ale na pewno jakoś wpłynęła na moje dalsze losy i będę ją zawsze wspominać. Lubię ją, ale to był taki dar od losu, że mogłam się spotkać i z Wajdą i z aktorami i pracować przy tak wspaniałym dziele, jakim była „Ziemia obiecana”.
MW: Spośród wielu reżyserów, z którymi pani miała możliwość współpracy, którzy najbardziej wpłynęli na rozwój pani kariery zawodowej, z którymi się pani najlepiej pracowało?
AN: Z każdym się pracuje trochę inaczej, bo też każda rola jest inna i reżyser, który obsadza w danej roli, też jest inny. Wspólnie musimy się zrozumieć, wspólnie musimy się dotrzeć, bo i reżyser ma swoją wizję danej postaci, aktor ma, więc gdzieś musimy się razem spotkać, żeby ta postać powstała i od każdego reżysera można się czegoś nauczyć i trzeba się myślę uczyć. Ja miałam szczęście spotykania się z reżyserami, z którymi jakoś bardzo dobrze mi się pracowało, ale to się też potem odbija na efektach tej postaci, na efektach, czy to jest lepiej, czy gorzej zagrane.
No ostatnio bardzo ciepło wspominam właśnie rolę w „Ślebodzie” - sześcioodcinkowym serialu. Grałam rolę zupełnie nietypową, grałam starą góralkę. Nie dlatego nietypową, bo starą... Po prostu autentyczną góralkę i grałam po góralsku, co było olbrzymim wyzwaniem. Było dwóch reżyserów i pracę z nimi – zwłaszcza, że to był dosyć trudny moment w moim życiu - rzeczywiście będę wspominać bardzo ciepło i bardzo dużo serdeczności i sympatii mam dla nich. I może dlatego też ta postać stała mi się taka bliska. Poodkrywałam w niej - i miałam chyba odwagę pokazać - różne tajemnice, jakie człowiek ma w życiu, a ja odkryłam je w tej postaci. Tak mi się przynajmniej wydaje.
MW: 10 lat z niewielkim przecinkiem temu otrzymała pani nagrodę Orła za rolę w filmie „Chce się żyć”. Jak pani wspomina tę rolę? Jak wyglądała praca nad tą rolą i co ten film dla pani oznaczał?
AN: To był bardzo ważny film, bardzo ważny film i myślę, że to był chyba jeden z pierwszych filmów w Polsce, który mówił o problemach ludzi chorych. To są straszne ludzkie tragedie i dla nas zetknięcie się z tym było wielką szkołą życia i pokory. I ten film zapadł we mnie. Nauczyłam się zupełnie inaczej patrzyć na ludzi, z którymi mało kto z nas ma kontakt i umie z nimi być, umie z nimi rozmawiać. Myśmy się nauczyli, to duże słowo nauczyli, ale przestaliśmy się ich bać, zaczęło do nas docierać. My przecież my jesteśmy takimi samymi ludźmi. My też się cieszymy, kłócimy, martwimy, cierpimy, radujemy, tylko my tego nie umiemy wyrazić tak jak wy, ale traktujcie nas jak normalnych ludzi. I to jest coś, z czym myśmy się właściwie nie stykali u nas. A to zetknięcie otworzyło nam oczy i nauczyło nas jakiejś takiej pokory i wielkiego szacunku i myślę, że innego podejścia, nie obawiania się ludzi z niepełnosprawnościami. Uznania, że oni mają prawo tak samo jak my żyć, tylko wymagają innej opieki, a ciągle im tej opieki brakuje. Jestem pełna podziwu i szacunku dla rodziców, jak im czasem jest trudno. Często zostaje sama matka z chorym dzieckiem i pokonać wszystkie trudności i stworzyć normalny świat to ciągle jeszcze jest bardzo trudne.
MW: W trakcie spotkania mówiła pani o tym, że lubi pracować z aktorami młodego pokolenia. Jaką zatem radę dałaby pani tym osobom, które być może są na etapie marzenia o byciu kiedyś aktorem, o czym te osoby na początku swojej kariery być może nie wiedzą, a być może powinny się dowiedzieć?
AN: Przede wszystkim muszą sobie zdać sprawę, że to jest trudny zawód, zawód wymagający dużego oddania siebie i jeżeli myślą, że ja muszę szybko zdobyć popularność i zrobię wielką karierę, to niech się nie łudzą. Bo można lata grać, pracować, nie zrobić żadnej kariery i nie zdobyć popularności. Muszą sobie uświadomić: nie po to idę do zawodu, żeby być szybko popularnym.
Popularność zdobędę, jak na nią zapracuję, jak przekonam ludzi do mnie jako aktora. Jeżeli będę szanować publiczność, szanować siebie w tej pracy i szanować przede wszystkim ten zawód. Nie idę po to, żeby mieć poklask, tylko po to, żeby coś ludziom przekazać.