NA ANTENIE: Konkurs
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Spis treści - 21.09.2025

Publikacja: 21.09.2025 g.15:14  Aktualizacja: 13.01.2026 g.17:27
Odszedł amerykański aktor, reżyser i producent filmowy Robert Redford. Miał 89 lat. Wspomina go krytyk filmowy Wiesław Kot.

Na koniec warto wspomnieć o filmie Roberta Redforda zatyłowanym "Jeremiah Johnson". Filmie często pomijanym przy prezentacjach jego dorobku. Być może dlatego, że stanowił przeciwwagę dla "Tańczącego z wilkami" Kevina Kostnera. Ten ostatni zdobył przecież wiele nagród i wszyscy się nim zachwycali... Tymczasem obraz Retforda odbrązowia magię amerykańskich gór i ludów je zamieszkujących. Operuje językiem, który mógł być zrozumiały i dla przyjaciół i dla wrogów. To język twardy. Brak w nim niuansów. A jednocześnie tak szczery, że trudno znaleźć coś "ponad". Może warto poświęcić czas i uwagę na obejrzenie tego filmu? 

Zapis: 

WK: Robert Redford to był ktoś znacznie więcej niż aktor, nawet znacznie więcej niż twarz XX wieku. To była cała instytucja, a jeżeli prześledzić jego rozwój przez dziesięciolecia, to okaże się, że on wzmocnił niesłychanie kino amerykańskie i światowe - to bardzo popularne, ale też to elitarne, bo zaczynał wprawdzie od grywania na Broadwayu, ale szybko okazało się, że jego słuszny wzrost, szczere wejrzenie, jasne włosy powodują, że on się doskonale nadaje do superprodukcji jako ikoniczna postać pozytywnego bohatera. I takim właśnie wszedł do kina w dziesiątkach filmów, z których niektóre zapamiętaliśmy bardziej niż inne. Weźmy jego duet z Paulem Newmanem w filmie „Butch Cassidy Sundance Kid”, w słynnym i niezapomnianym „Żądle”. Weźmy jego rolę w „Wielkim Gazb'ym”, jego rolę w „Trzech Dniach Kondora”. Nawet w filmie „O jeden most za daleko” gdzie się także znalazł w doborowej obsadzie. I potem zaczęło się to wszystko cieniować.
On jakby lekko wycofywał się z takich bardzo ostentacyjnych ról ponieważ podejrzewał, że głębia jego talentu i inwencji filmowej jest znacznie większa, wykraczająca poza te plakatowe, oczywiste i szeroko wyświetlane role. I robił krok do przodu i krok wstecz. Zaczął nagrywać i i reżyserować filmy, powiedziałbym, psychologiczne, jak „Pożegnanie z Afryką”. Wyreżyserował film „Zwyczajni ludzie” o przeciętych Amerykanach i ich problemach. Film dostał Oscara, ale u nas jakoś tak przeszedł bokiem... Grywał jednocześnie w superprodukcjach - jak na sądowy dramat „Orły Temidy”. Ale próbował dryfować w stronę kina refleksyjnego, kina pełnego zadumy, pastelowego, wycieniowanego... Takim filmem, pamiętam - szeroko komentowanym - był długi trzygodzinny obraz pod tytułem „Zaklinacz koni”, gdzie on się tam zajmował taką terapią przy udziale koni. I te filmy zjednały mu wizerunek terapeuty ekranu. Była to zupełnie nowa twarz. A trzecia odsłona Roberta Redforda to największy na świecie, najbardziej liczący się festiwal filmów niezależnych, a więc eksperymentalnych, trudnych. z najbardziej odległych zakątków świata, przeznaczonych dla widowni wymagającej, ambitnej i wysmakowanej. To przedsięwzięcie stało się jakby koroną jego dokonań i przeżyło Roberta Redforda. A to, że w powszechnej pamięci zostanie on ikoną XX wieku ikoną kina i będzie nam się zawsze gdzieś pod powieką zatrzymywał jako ten rewolwerowiec albo ten przekrętacz w filmie „Żądło”, no to już jest nieuniknione.