Przyznam, że bardzo drażni mnie używanie języka wojennego do opisów sporów politycznych, które się toczą w Polsce - na przykład mówienie o tzw. wojnie polsko-polskiej. I to z dwóch powodów.
Pierwszy wynika z opisu tego sporu w szerszym kontekście. Drugi z powodu metafory wojny, która panoszy się bardziej niż powinna i to niezależnie od obozu politycznego. Otóż nie ma wojny polsko-polskiej, gdy przyjmiemy szeroką definicję narodu jako wspólnoty politycznej, a nie etnicznej. Polskość jest niezwykle atrakcyjna jako styl bycia z jej republikańskim wolnościowym impulsem, z jej kulturą, z jej duchem, którego najpełniejsza „materializacja” znalazła wyraz w muzyce Chopina. Prezydent jest emanacją narodu jako bytu politycznego niezależnie od znaku partyjnego. Jest trochę jak król w świeckim państwie. A król jest jeden. „Świętość” tego urzędu z tej archaicznej tradycji się bierze, mimo trwającego od dawna rozdzielenia Kościoła od państwa. Zainteresowanie losami prezydenta, duma z urzędu, żądanie, aby właśnie urzędujący prezydent godnie się zachowywał, nie niszczył jego powagi, to zachowania obywatela o silnej politycznej tożsamości, która czyni go członkiem narodu politycznego właśnie.
Tragedia smoleńska dlatego stanowi moment polaryzacji, gdyż wymusiła na Polakach konieczność dokonania wyboru. Czy są emocjonalnie związani z powagą urzędu? Czy oburza ich oddanie śledztwa Rosjanom, oburza ich bardziej zachowanie Anodiny, Palikota niż Macierewicza czy Kaczyńskiego? Jeśli bardziej Macierewicza i Kaczyńskiego, to znaczy, że mają problem
z polityczną przynależnością do polskiego narodu. Podkreślam „polityczną”. To, że ktoś mówi po polsku, o niczym jeszcze nie świadczy. Stosunek do tragedii smoleńskiej jest niestety kluczowy. I jest to sprawa raczej tego, co emocjonalnie w człowieku, bo przecież nie mózgiem kochamy, jeśli już kochamy ojczyznę.
Pisałem wielokrotnie, że ten polski podział jest w jakimś sensie wizualizacją szerszego światowego konfliktu między tym, co globalne, a tym, co narodowe. Część ludzi ma bardziej kosmopolityczną orientację, gdy są związani zawodowo i mentalnie z wielkimi, ponadnarodowymi korporacjami albo pracują na uniwersytetach. Część z tym, co narodowe, gdy pracują
w Polsce w rodzinnym średniej i małej wielkości biznesie, albo mają patriotyczne tradycje. Przez lata 90. ubiegłego wieku do kryzysu 2008 roku dominowała raczej narracja kosmopolityczna, szczególnie propagowana w krajach neokolonialnych na peryferiach świata, a takim krajem była Polska. Kreowano medialnie globalne społeczeństwo kosmopolityczne, którego spoiwem była konsumpcja. Ta narracja była optymistyczna, gdyż stwarzała wrażenie wygaszania konfliktów. Sednem tej narracji była ideologia politycznej poprawności, która niosła pokusę wiary, że wyeliminowanie języka nienawiści zlikwiduje na świecie nienawiść. Jest to czysty idiotyzm, ale ludzie, często z tytułami naukowymi, w to wierzą.
Było to możliwe, takie ujawnienie się magicznego optymizmu, gdyż po upadku komunizmu, lata 90. wydawały się swoistymi wakacjami od historii. Usiłowano stworzyć świat anormalny, co oznaczało, że każdy potencjalny konflikt traktowany był jako skandal bytu. a nie jego cecha. Zatem. gdy konflikt-spór powrócił, niektórym zdało się, że zbliża się koniec świata (ofensywa tzw. populistów) zaczęto używać do jego opisu języka wojennego, kompletnie nieadekwatnego. Przywołano zupełnie nietrafnie stare analogie do faszyzmu etc., tak jakby historia zatoczyła jakieś koło. Jest to klasyczne myślenie magiczne. A po 10 kwietnia zgodnie z ówczesną wykładnią medialno-rządową w Polsce miała zapanować miłość w relacjach rosyjsko-polskich. Nie zapanowała. A co do braku konfliktu jako zasady politycznej; oznaczałoby to, że demokracji nie ma.
W PRL-u było coś takiego jak Front Jedności Narodu. Dopuszczona była tylko konstruktywna krytyka, dyskusja pod kontrolą. Partia decydowała, co jest konstruktywne, a co nie. Warto sobie czasami uświadomić, że zdrowe państwo demokratyczne to mimo wszystko cudowne państwo pełne nieprzyjemnego, nieznośnego, niewygodnego ścierania się interesów. A ogromna część naszych konfliktów to wpisana w demokrację ostra wymiana opinii. I nie należy tego od razu nazywać jatką, wojną, mordobiciem. Bo tym nie są. Na przykład burzliwą dyskusją bez konstruktywnego zakończenia.