"Wzrost wynagrodzeń wciąż wynika z wyższej płacy za naszą zachodnią granicą" - uważa prof. Trębecki z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, który był gościem audycji Kluczowy Temat w Radiu Poznań.
Jeśli tuż za zachodnią granicą mamy płace po wielokroć większe, to jest naturalne, że będzie przepływ i ucieczka ludzi, co wygeneruje, z braku rąk do pracy, wyższe płace. To jest oczywiście kompensowane napływem pracowników z Ukrainy, ale to wyrównywanie jest nieuchronne. Kwestia dynamiki
- tłumaczy prof. Jacek Trębecki.
Prof. Trębecki podkreślił, że nie wiadomo kiedy Polacy będą zarabiać przeciętnie tyle samo, co Niemcy, czy Holendrzy.
Główny Urząd Statystyczny poinformował dziś, że średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w lipcu o 8,7 proc. rok do roku i wynosi obecnie 5851 zł i 87 gr.
Poniżej cała rozmowa w audycji Kluczowy Temat:
Piotr Tomczyk: Główny Urząd Statystyczny poinformował o nowym, polskim rekordzie. W II kwartale tego roku mieliśmy najwyższy w historii wzrost PKB w Polsce, który wzrósł o 10,9 proc.. Wśród ekonomistów pojawiają się opinie, że znakomite wyniki przedsiębiorstw nie muszą oznaczać dalszego wzrostu płac pracowników. Panie profesorze, nie podobają mi się takie prognozy, bo wyniki są znakomite, bezrobocie znów spadło do 6 proc., a eksperci mówią, że płace mogą już tak szybko nie rosnąć.
Prof. dr hab. Jacek Trębecki: Pewnie, każdy z nas chciałby, żeby płace rosły nieustannie i w skali makro one powinny rosnąć. Jeśli tuż za zachodnią granicą mamy płace po wielokroć większe, to jest naturalne, że będzie przepływ i ucieczka ludzi, co wygeneruje, z braku rąk do pracy, wyższe płace. To jest oczywiście kompensowane napływem pracowników z Ukrainy, ale to wyrównywanie jest nieuchronne. Kwestia dynamiki.
Dotychczasowe dane, a zwłaszcza z kwietnia i maja, były imponujące. Dynamika wynagrodzeń w przedsiębiorstwach, zatrudniających powyżej 10 osób, wyniosła 10,1 proc. w maju i niewiele mniej, bo 9,9 proc. w kwietniu. Przeciętne wynagrodzenie wyniosło 5637 zł. W tych warunkach stopa bezrobocia malutka, bo 6 proc.. To są chyba warunki do dalszego wzrostu wynagrodzeń.
Tak. Nie ma z czego czerpać, więc pracownicy mają dużą siłę negocjacyjną. To się ładnie nazywa „nacisk płacowy”. Myślę, że akurat te dane warto skonfrontować z indeksem cen, które przecież też nie stoją w miejscu. Ta płaca realna wcale tak gwałtownie nie musi rosnąć, jakby to wynikało z czystego indeksu.
Czyli inflacja zmniejsza realne wynagrodzenie.
Tak można byłoby powiedzieć. Rzeczywiście mamy więcej pieniędzy w ręku, ale odrobinkę mniej za te więcej pieniędzy można kupić.
Dane mówią o tym, że bezrobotnych mamy tylko 995 tys., czyli poniżej miliona. To też jakiś symbol. Skąd bierze się ta znakomita kondycja rynku pracy w Polsce? Przecież jeszcze niedawno mieliśmy pandemię.
Ładnie wystartowaliśmy z tej pandemii, to trzeba powiedzieć. Ekonomiści szacowali, że może to jest efekt skierowania produkcji przez firmy, które mają u nas swoje zakłady, a Polska jest trochę zapleczem produkcyjnym Unii Europejskiej, raczej tutaj w bezpiecznych granicach, niż przekazywanie tego daleko na wschód, do Chin. Jesteśmy poniekąd takim beneficjentem pewnej polityki kierowania zasobów raczej wewnątrzunijnych niż na dalekim wschodzie. Lokowanie produkcji w Chinach niesie ze sobą olbrzymie ryzyko. To nie tylko kwestia pandemii, ale chociażby przecięcia szlaków handlowych, jak to, co się stało w Suezie.
Jaką rolę odegrały tarcze antykryzysowe, które były u nas wdrażane, jeśli chodzi o zasoby rynku pracy? Nie było zwolnień. To znaczy, że byliśmy jak sprężyna, która jest gotowa do wystrzelenia, kiedy tylko będą odpowiednie warunki?
Trochę tak. Każdy się spodziewał jakiegoś dramatu gospodarczego.
Mieliśmy mieć dwucyfrowe bezrobocie.
Tak. Spodziewaliśmy się, że ten krach nastąpi błyskawicznie. Przecież firmy miały się w ogóle pozamykać. Gastronomia, hotelarstwo, to wszystko miało paść. To chyba był rodzaj takiej niepisanej mobilizacji wewnętrznej. I pracodawcy i pracownicy wewnętrznie uzgodnili – wiemy, że jest ciężko, my nie oczekujemy za dużo, a my będziemy płacili tyle, ile się da. Przetrzymajmy ten ciężki czas i zobaczymy co będzie. Wydaje mi się, że zdało to egzamin. Oczywiście pewnie też niebagatelną rolę odegrały te pieniądze skierowane na rynek pracy.
W tych wyjaśnieniach, jeśli chodzi o ekonomistów i międzynarodowych instytucji, znalazłem jedno, bardzo ciekawe, uzasadnienie tego, dlaczego ten wynik 10 proc. wzrostu wynagrodzeń w maju i 9,9 proc. w kwietniu, w kolejnych miesiącach się nie powtórzy. Pada sformułowanie: „efekt bazy”. O co chodzi z tym efektem bazy?
To jest kwestia od czego będziemy liczyli. Każdy rząd stara się na początku swojej kariery pokazać w jak najgorszych perspektywach punkt startu, po to, żeby od tego punktu startu, było widać, jaki jest progres i dynamika. W naszym przypadku ten punkt startu był w samym środku epidemii, a więc licząc rok po roku, mamy zupełnie inny obraz gospodarki.
Te wynagrodzenia mocno się różnicują, jeżeli chodzi o dynamikę wzrostu płac. Rosną w przedsiębiorstwach produkcyjnych, ale na przykład aż o 10 proc. w usługach. Jest coś wyjątkowego, że te przedsiębiorstwa usługowe są teraz w lepszej sytuacji, niż w czasie pandemii, ale też przed pandemią?
Myślę, że to było trochę odrobienie w wielu obszarach. Jednak czuło się taką „tęsknotę”, kiedy będzie normalnie, żeby trochę odreagować. Bardzo mocno ruszył rynek turystyczny, ta chęć wyjazdów. Trzeba też powiedzieć, że ograniczenia pandemiczne zrobiły swoje. To była turystyka krajowa. To nie były usługi, które pompowały kieszeń greckich, włoskich, czy hiszpańskich operatorów, tylko pozostawały w większości tutaj.
Wiemy już, że jest uzasadnienie, żeby płace rosły. Teraz zastanówmy się z drugiej strony, czy jest uzasadnienie, żeby rosły znacznie szybciej. Polska przystąpiła do UE w 2004 roku, czyli minęło 17 lat. Dlaczego w takim razie nie zarabiamy tyle, co przeciętnie Niemcy, czy Holendrzy? Skąd ta różnica? Dlaczego to ciągle trwa?
To jest dłuższy proces, tym bardziej może być bolesny, że różnic na półkach w sklepach nie ma aż tak gigantycznych. Ciągle jeszcze stać nas na relatywnie mniej, niż przeciętnego Niemca, czy Holendra. Ja, jako Trębecki, bardzo nad tym boleję. Chciałbym za swoje miesięczne wynagrodzenie kupić o wiele więcej i na przykład za dwa wynagrodzenia pomyśleć o samochodzie, ale myśląc skalą całej gospodarki, to ciągle naszym głównym atutem jest relatywnie tańsza siła robocza. Dlatego tak dużo rozkwita u nas inwestycji zagranicznych, lokowane są firmy produkcyjne, a coraz więcej i to jest dobre, elementy usług raczej wysokiej fachowości – centra finansowe, centra badawczo-rozwojowe, a to jest bardzo pozytywny impuls dla gospodarki.
Mówił Pan o tych porównywalnych cenach, nie równych, bo w Polsce ciągle jest troszeczkę taniej, ale czy z tego wynika, że te sieci międzynarodowe, które mają takie same ceny w swoich placówkach w całej Europie, nie powinny zwiększyć wynagrodzeń w Polsce? Może powinniśmy zaapelować do jednej z niemieckich sieci, żeby kasjerki w Polsce zarabiały 3 000 euro lub więcej? Jakie jest uzasadnienie, że kasjerka niemiecka zarabia więcej?
Zarabiamy tyle, ile jesteśmy w stanie wynegocjować, wyciągnąć, wyegzekwować od naszego pracodawcy. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że jeśli ktoś pracujący w zakładach Volkswagena będzie zarabiał tyle, co zarobiłby jego niemiecki kolega, to jaki byłby powód, żeby ta firma inwestowała w Polsce, a nie w Niemczech?
Może powinniśmy w takim razie złożyć wniosek do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i zgłosić to jako dyskryminację polskich pracowników? Być może TSUE zobowiąże pracodawcę niemieckiego do wyrównania? Jest to chyba forma dyskryminacji ze względu na miejsce zamieszkania?
Można byłoby powiedzieć, ale podobnie można by zaapelować, żebyśmy mieli więcej słońca, bo jesteśmy wyraźnie dyskryminowani w stosunku do Greków, czy Hiszpanów. Gospodarka na szczęście ciągle jest jeszcze elastyczna i trudno ją w pełni regulować dyrektywami, nawet jeżeli jest to dyrektywa takiego organu, jak Komisja Europejska.
Kiedy w takim razie średnia polska będzie równa, jeżeli chodzi o wynagrodzenia, średniej niemieckiej, czy niderlandzkiej?
Jeśli chciałbym budować swój wizerunek fachowca i profesjonalisty, to powinienem powiedzieć, że 23 sierpnia 2063 roku, ale oczywiście bardzo trudno to przewidzieć. To jest tak dynamiczne, jak pogoda, w zależności od wielu czynników.
Ale różnica będzie się zmniejszała?
Tak, to jest pewny proces. Przy braku barier, to się będzie wyrównywało.