NA ANTENIE: Serwis informacyjny
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

BitterSweet: różowy festiwal robi furorę w całej Polsce [RELACJA]

Publikacja: 17.08.2026 g.19:05  Aktualizacja: 17.08.2026 g.20:18 Marcin Żyski
Poznań
To nieprawdopodobne, że w tak krótkim czasie poznańskiemu festiwalowi udało się zbudować tak potężną markę – o Bittersweet mówi cała Polska, w większości zachwycona koncepcją i realizacją przedsięwzięcia.
bittersweet - Eliza Hajdenrajch - Radio Poznań
Fot. Eliza Hajdenrajch (Radio Poznań)

Spis treści:

    W większości, bo w świat niosły się również informacje o protestach dotyczących miejsca akcji (z myślą o zwierzętach, pobliskich mieszkańcach, cmentarzu), czy słowa krytyki po organizacji pierwszego dnia, kiedy to mieliśmy problemy m.in. z komunikacją między scenami i wrażenie przepełnienia terenu. Natomiast drugiego i trzeciego dnia wszyscy zainteresowani dowiedzieli się, że oto „ten festiwal słucha ludzi” i natychmiast wprowadził zmiany, które ułatwiły życie (dodatkowe wejście, więcej toalet, nowe oznaczenia, zmiany organizacji ruchu).

    Nadal bawiliśmy się w jednym, stosunkowo niewielkim miejscu z aż 40 tysiącami ludzi, ale jednak wszystko toczyło się sprawniej, również dzięki temu, że sami nauczyliśmy się na czwartkowych błędach i zrozumieliśmy, że by szybciej przejść na drugą scenę, warto zrezygnować z ostatnich minut trwającego koncertu. Mieliśmy świeżo w pamięci ogromny tłum, który po zakończeniu koncertu Gorillaz próbował wydostać się jednym wyjściem z terenu festiwalu i było to zadanie bardzo trudne i niezwykle czasochłonne.

    W piątek i w sobotę odczuwaliśmy już komfort, a warto wspomnieć, że „komfort” w kontekście Bittersweet to pojęcie bardzo szerokie. Nawet w porównaniu do wielu (może nawet większości) festiwali zagranicznych teren imprezy to miejsce tak miłe w obcowaniu, że człowiek czuje się jak w bajce, trochę jak w wesołym miasteczku, w którym na każdym kroku dzieje się coś sympatycznego, jest kolorowo, przyjaźnie, dodatkowych scen z muzycznymi atrakcjami oraz pomysłowych punktów partnerów festiwalu jest dosłownie ogrom, tak jak food trucków, z bardzo szeroką ofertą kulinarną. Do tego cysterny z darmową wodą, generatory baniek mydlanych, zaskakujący lasek z laserami i dyskotekowymi kulami (bez muzyki), wiszący nad przemieszczającym się tłumem „konferansjerzy” częstujący zarówno przydatnymi informacjami, jak i całkiem zabawnymi żartami,  a także – a może przede wszystkim – festiwalowicze!

    To jedna z cech Bittersweet Festivalu, którą zapamiętam najmocniej – mili, spokojni, kulturalni ludzie. O „beautiful people” słyszeliśmy ze sceny nie raz, jednak artyści nie mieli przecież naszego punktu widzenia. Nie widzieli, co się dzieje w przejściach między scenami, na polanie z jedzeniem, na małych parkietach tanecznych czy na kocach, z których korzystano na całej długości festiwalu, również na skarpie z prawej strony sceny głównej, gdzie utworzyła się nieoficjalna strefa VIP. Wszędzie panowała przyjacielska atmosfera w rodzaju „All you need is love”, na każdym kroku uśmiechnięci ludzie, harmonia i spokój, jakby nikt nie miał potrzeby ani trochę podnieść głosu, jakby nikt nie zamawiał piwa z zawartością alkoholu. Za każdym razem, gdy czytałem o Poznaniakach krytykujących „hałasy na Cytadeli” miałem ochotę pokazać im ten potężny tłum ludzi, który na pewno… od razu by polubili. Grube tysiące pozytywnych ludzi, którzy spotkali się tam dla celów muzycznych i towarzyskich jednocześnie, spędzających piękny weekend w pięknych okolicznościach przyrody – dodatkowo drugi rok z rzędu udało się trafić z bezdeszczową pogodą, co jeszcze potęgowało wrażenie niezwykle przyjemnego pikniku.

    Piękni ludzie, dodajmy, z wielu pokoleń. W tym aspekcie również udała się misja łączenia ludzi pod różowym dachem. Czy raczej: niebem. Może mniej, niż w zeszłym roku było nastolatków, ale też można to było przewidzieć – w line-upie zabrakło aktualnej, mniej lub bardziej związanej z hip-hopem super gwiazdy w rodzaju zeszłorocznego Post Malone'a, a więc najwięcej Zetek widać było w sobotę, kiedy to występowali po sobie Sobel, Fukaj i OKI (dwa razy, bo gościnnie również u Sobla).

    Plus czwartek z Gorillaz, czyli nastolatki, często z tych młodszych, dziękujące rodzicom za “spełnienie marzenia” i zabranie na koncert projektu Damona Albarna. W niezwykle licznych w czwartek koszulkach z rysunkowymi postaciami widziałem też dzieci poniżej lat 10,  na Gorillaz jechali też z całej Polski ludzie 50+, to był z całą pewnością koncert, gdzie rozpiętość wiekowa była najbardziej szeroka. Podobne wrażenie można było mieć podczas tanecznego zakończenia festiwalu, ale w dwóch różnych miejscach – najmłodsi skakali wysoko na Major Lazer, najstarsi (może nawet w niektórych przypadkach ich rodzice) tańczyli w zupełnie innym stylu do płynących dźwięków wykonywanych na żywych instrumentach przez muzyków Faithless.

    Na Cytadeli spotykaliśmy miłych ludzi nie tylko z całej Polski, ale też z wielu innych krajów. Przedstawiciele poznańskiej gastronomii przeżyli pierwszy taki nalot klientów od czasu Euro 2012, wyższa frekwencja w tym roku (ostatnio 25 tysięcy osób dziennie, teraz 40 tysięcy) odczuwalna była w całym Poznaniu, liczne międzykulturowe spotkania miały miejsce w hotelach, w nocnych klubach, no i na ulicach, gdzie od samego rana śniadaniowano z uśmiechem, w oczekiwaniu na popołudniowe, wieczorne i nocne spotkania ze światowymi gwiazdami. Tych przecież na Cytadeli nie brakowało, BitterSweet znów bił pod tym względem poznańskie rekordy wszech czasów. Na 12 artystów sceny głównej tylko dwóch było z Polski, w dodatku zarówno Mrozu, jak i Sobel zaczynali bardzo wcześnie, bo o 17:15. Nie znaczy to, że na ich występach nie było tłumów – może nie tak imponujące, jakie notowaliśmy w prime-tajmie, ale i tak rzadko spotykane na festiwalach o takich porach. To zresztą kolejna cecha charakterystyczna imprezy organizowanej przez Good Taste – rok temu czwartek rozpoczynały Julia Wieniawa i Mel C ze Spice Girls, w tym roku Becky Hill i Charlie Jeer i jak się okazuje były to strzały w dziesiątkę w kontekście jak najszybszego przyciągnięcia festiwalowiczów.

    Czy raczej – festiwalowiczek! Pod tym względem poznański festiwal bije na głowę wszystkie inne. Od doboru artystów po dobór kolorów scenografii (bardziej różowo być nie może) wszystko tu się zgadza i pokrywa z gustami przedstawicielkami płci pięknej. Bardzo to było widoczne podczas chociażby koncertu Toma Odella, który przez większość czasu grał dla 20 tysięcy skupionych osób spokojne, romantyczne ballady. Skupione zwłaszcza były jego fanki, a ich partnerzy starali się nie przeszkadzać w przeżywaniu bądź nagrywaniu tych emocjonalnych chwil. Te same panie śpiewały i pląsały do przebojów Ciary, która trochę pełniła u nas rolę Beyonce, śpiewając i wyglądając bardzo podobnie, i równie skuteczne zabierając wszystkich na bardzo lubiane u nas parkiety z tanecznym r’n’b. To prawdopodobnie one najbardziej doceniły porywające występy Lorde i Rity Ory, która przez cały występ w pełnym słońcu nie mogła przyzwyczaić się do widoku oceanu ludzi, który tak entuzjastycznie reagował na wszystkie jej utwory, że artystka rozkleiła się zupełnie i na telebimach popłynęły jej łzy wzruszenia.

    Takich chwil, które przejdą do historii festiwalowej historii Polski było więcej – choćby Robbie Williams dzwoniący w trakcie koncertu do mamy jednej ze słuchaczek, rozmawiający z nią i dedykujący jej piosenkę „She’s The One”. Jak Jessie J przekazująca mikrofon dwóm swoim fankom, żeby zaśpiewały fragmenty dwóch jej hitów (Karolina z „Price Tag” wypadła znakomicie!). Albo goście z De La Soul i Idles podczas występu Gorillaz. Albo Josh z Twenty One Pilots wchodzący po drabinie na podest wysoki jak scena, na którym usadowiony był – jak się później okazało – jeszcze jeden zestaw perkusyjny. Wcześniej, jak wyłapali niektórzy, kręcił wyraźnie tyłkiem z napisem… Bittersweet. Takim samym, który miało na sobie innych artystów, jak choćby Chet Faker czy Robbie Williams (tu w dodatku w kolorach i z logo Warty Poznań) oraz bardzo wielu imprezowiczów. Nic dziwnego, że bilety na ten festiwal sprzedają się jak świeże bułeczki, skoro nawet koszulki z jego logo i numerem „26” były w tym roku tak modne. Skoro już jesteśmy przy wyprzedaniu festiwalu – najdłużej trzymała się sobota, ale wejściówki na czwartek i piątek to były najbardziej pożądane przedmioty w muzycznym świecie od wielu tygodni…

    Przede wszystkim jednak do historii przejdą pomysły na line-up, czyli oryginalna selekcja artystów, ze wskazaniem nie tylko na kobiece playlisty, ale też na wykonawców, których słuchało się z wypiekami na twarzach 10, 15 lat temu. Ówcześni licealiści czy studenci dzisiaj są około trzydziestki i chętnie płacą za często pierwszy w życiu koncert znanych w świecie muzyków, z których piosenkami dorastali. W porównaniu do wielu innych festiwali mniej jest rocka, a więcej popu i elektroniki, bo też takie są dziś gusta tej nieco starszej młodzieży. W kwestii doboru headlinerów nikt nie był nawet blisko opcji Gorillaz + Twenty One Pilots + Robbie Williams. Z małą pomocą bardzo popularnego na imprezach techno Paula Kalkbrenner z jednej strony, a z drugiej silnej grupy muzyków grających dla melomanów od muzyki klasycznej i jazzowej, z wisienką na torcie w postaci kończących festiwal poznańskich filharmoników, grających Chopina z jedną z laureatek ostatniego Konkursu Chopinowskiego Zitong Wang i… różowymi wizualizacjami w tle.

    Dodajmy, że na wspomnianych wizualizacjach widzieliśmy twarze uczestników festiwalu, zarejestrowane podczas wcześniejszych koncertów, co było jeszcze jednym, ostatnim już ciekawym konceptem, którym uraczył nas tegoroczny BitterSweet Festival. Pierwszy taki w historii Poznania festiwal na światowym poziomie, podczas którego w tak krótkim czasie widzimy i słyszymy z bliska tyle postaci znanych ze światowych list przebojów. Zaryzykuję tezę, że jeden z najładniejszych wizualnie, jakie w ogóle w świecie istnieją. Z tego punktu widzenia lepiej by dla nas było, żeby się z Cytadeli nie wyprowadzał, ale co, jeśli zainteresowanie biletami na przyszły rok będzie jeszcze większe?

    https://radiopoznan.fm/n/ydRizs
    KOMENTARZE 0