NA ANTENIE: Serwis informacyjny
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
 

Historia Van Halen. Pierwsze lata cz. I

Publikacja: 20.10.2020 g.17:33  Aktualizacja: 20.10.2020 g.17:38 Jakub Kozłowski
„Do muzyki Van Halen musisz być stanie tańczyć trzymając szklankę z piwem. Jeżeli tańczysz, a piwo się rozlewa, tempo jest za szybkie! Idealne tempo to 128 BTM (uderzeń na minutę)”- tak David Lee Roth mówił o muzyce zespołu.
van halen - Okładka
Fot. Okładka

Od dziesięcioleci cumujące potężne statki transportowe z Europy nie stanowiły rzadkiego widoku u wybrzeży Nowego Jorku. Ich pasażerami byli najczęściej przedstawiciele Europejskiej elity, nuworysze lub spadkobiercy szlacheckich tradycji swoich przodków. Dla nich Stany Zjednoczone stanowiły jedynie chwilowy kaprys - zamorskie wakacje, po odbyciu których elita wracała do swych posiadłości w Londynie, Paryżu czy Amsterdamie. Statki Pasażerskie posiadały jednak również niższe pokłady zarezerwowane dla tych z Europejczyków, którzy postanowili wykupić bilet tylko w jedną stronę. Miejsca te przeznaczone były dla bankrutów, biedaków, życiowych rozbitków szukających szczęścia poza Starym Kontynentem. Osób z bogatym bagażem doświadczeń, a jednocześnie jednostek niezwykle ambitnych, często wykształconych oraz zdolnych do szybkiej adaptacji. Dla nich Stany Zjednoczone stanowiły ostateczny cel i nadzieję na lepsze życie.

W roku 1962 na pokładzie takiego statku znalazła się pochodząca z miasta Nijmegen w Holandii rodzina Van Halenów. Jan i Eugenia należeli do dolnych rejonów klasy średniej. Jan był wykształconym muzykiem grającym na saksofonie i klarnecie, co nie wystarczało jednak do zapewnienia rodzinie dostatniego życia w kraju. Narodziny dwóch synów, Alexandra (w roku 1954) oraz Edwarda Lodewijka (rok 1955) dodatkowo utrudniły ich materialne położenie, co skłoniło Van Halenów do opuszczenia Europy. Rodzina znalazła się na statku posiadając jedynie piętnaście dolarów w gotówce oraz fortepian, na którym chłopcy za namową rodziców ćwiczyli swoje umiejętności. W planach Eugenii i Jana, ten właśnie instrument zapewnić miał synom dostatnie życie w nowym kraju.

Dorobek Van Halenów nie starczał nawet na opłacenie wielodniowej podróży. Zmusiło to Jana do występów z lokalnym zespołem muzycznym umilającym czas bogatym podróżnym. Zdarzało się (z czego Jan był niezwykle dumny), że towarzyszyli mu synowie, coraz lepiej radzący sobie z instrumentem. W późniejszych latach, gdy Van Halen stał się najbardziej emocjonującym hard rockowym zespołem świata, osoba ojca rodziny powracała często we wspomnieniach braci. Dzięki niemu tak Edward jak i Alexander dorastali otoczeni muzyką, a obserwowanie grającego ojca nauczyło ich znaczenia regularnych ćwiczeń. Eddie Van Halen: 

Wiedziałem o co tak naprawdę chodzi w muzyce odkąd moim pierwszym wspomnieniem taty ćwiczącego w swoim pokoju było słuchanie jak stara się w nieskończoność przeciągnąć na klarnecie tylko jedną nutkę.

W roku 1962 nic nie wskazywało jednak na późniejsze losy Van Halenów. Po wylądowaniu w Nowym Jorku oraz dalszej podróży w kierunku Kalifornii rodzina osiadła w Pasadenie. Chłopcy niemal od razu zmuszeni zostali do zmierzenia się z codziennymi problemami stojącymi przed dziećmi imigrantów. Jak wspominał w późniejszych latach Alexander, idąc do szkoły znał jedynie dwa słowa po angielsku, których nauczyła go przezorna matka: „Dziękuję” oraz „Wypadek”. Bracia nigdy nie mieli jednak kompleksów w stosunku do amerykańskich rówieśników a bariera językowa, będąca jedyną barierą stojącą na drodze do ich pełnego zaadoptowania, została w ciągu kilku lat przezwyciężona.  

W tym czasie rosła również ich fascynacja muzyką. Ku niezadowoleniu matki zainteresowanie Alexa i Edwarda podążało w innym kierunku niż gra na fortepianie. W czasach gdy sukcesy odnosiły zespoły The Beatles, The Kinks czy The Who wybór Alexa padł na gitarę. W tym samym czasie Eddie zakupił zestaw perkusyjny, którego wysoka cena zmusiła go do podjęcia dorywczej pracy. W przypadku obu braci wybór okazał się nietrafiony, co szybko rozwiązano wymieniając się instrumentami. W krótkim czasie skład kształtującego się zespołu uzupełnił Dennis Travis.

Dennis i Van Halenowie uczęszczali do tej samej szkoły, i o ile wierzyć Travisowi, przyczynił się on odrobinę do nauki gry przez Eddiego. W początkowych miesiącach fascynacji Edwarda gitarą Travis nauczył go bowiem kilku klasycznych riffów, szybko jednak zdając sobie sprawę, jak niewiele ma do zaoferowania uzdolnionemu muzykowi. Eddie Van Halen już wówczas wykazywał niezwykłe zdolności potrafiąc nuta po nucie odtwarzać utwory każdego muzyka którego zechciał naśladować. Będąc pod wpływem Erica Claptona Eddie bezbłędnie odgrywał utwory zespołu Cream. W roku 1971, wciąż borykając się z brakiem miejsca do prób, Van Halenowie odbywali jam sessions w szkolnej sali gimnastycznej. Trafiając na jedną z nich Dennis został niemal od razu przyjęty. Dało to początek zespołowi Trojan Rubber Company, nazwanego tak na cześć marki prezerwatyw. W kolejnych miesiącach muzykom udało się zdobyć lokalną sławę w rejonie Pasadeny, na co w równej mierze wpływ miały umiejętności muzyków jak kontrowersyjna nazwa grupy.

Rosnąca sława wśród znudzonej młodzieży zasiedlającej senne przedmieścia miast takich jak Arcadia czy Temple City przekładała się na ilość odbywanych występów, czy to w prowincjonalnych klubach czy na prywatkach u wspólnych znajomych. Brak wokalisty zmuszał jednak Eddiego do śpiewania, czego ten szczerze nie znosił. Zanim na dobre rozpoczęto poszukiwania odpowiedniego frontmana zespół opuścił Travis. Trojan Rubber Band zostało więc rozwiązane a na jego gruzach w roku 1972 powstał zespół Genesis z Markiem Stonem na basie. Z nazwy szybko jednak zrezygnowano na korzyść szyldu Mammoth. Zblazowana i głodna świeżej krwi młodzież rejonu Pasadeny zaczęła otaczać nowy zespół niezdrową niemal fascynacją. I chociaż wokalowi Eddiego dużo brakowało do miana „charakterystycznego” lokalne koncerty przyciągały coraz szersze rzesze fanów. Kultowy status Mammotha wzrósł jeszcze, gdy w roku 1974 postanowiono przyjąć do zespołu młodego, ekscentrycznego i wiecznie uśmiechniętego wokalistę Davida Lee Rotha.

W okresie poprzedzającym dołączenie do zespołu Roth przewodził Red Ball Jets, konkurencyjnemu składowi z okolicy od którego Mammoth często wypożyczał system PA, na zakup którego nie mogli sobie pozwolić. Jako że przyszłość Jetsów, w porównaniu do popularnego Mammotha, nie malowała się w optymistycznych barwach wokalista przyjął ofertę Eddiego i Alexa Van Halenów. W późniejszych wywiadach Eddie lubił wspominać, że główną motywacją zespołu była chęć zaoszczędzenia pieniędzy na wypożyczaniu systemu nagłaśniającego. Co więcej, Roth posiadał też garaż w którym zespół odbywać mógł regularne próby, uniezależniając się od kaprysów dyrekcji szkoły. Siły połączono więc ku obopólnej korzyści.   

Trudno wyobrazić sobie osobę bardziej ekstrawertyczną od Davida Lee Rotha. Dzięki luzackiemu sposobowi bycia, życiowemu optymizmowi i sympatycznej prostolinijności frontmana, budujący swoją pozycję Mammoth wyróżniał się na rynku zdominowanym przez zblazowanych gigantów hard rocka. Van Halen startował z czystym kontem a David Roth zapewniał zespołowi to, czego inni nie mieli: odczuwalny przez fanów brak dystansu między muzykami a publiką. Dla każdego z uczestników ówczesnych koncertów, Van Halen mógł stanowić paczkę kumpli z podwórka. W początkach lat siedemdziesiątych nie odbiegało to zresztą daleko od prawdy. Pasadena drżała wówczas w posadach a ulice spokojnych dotychczas uliczek zalewały setki małolatów udających się na „backyard party” bo akurat Van Halenowie zapowiedzieli mały koncert u jednego z przyjaciół.

W tym początkowym okresie wirtuozerskie umiejętności Eddiego nie mogły odgrywać jeszcze tak wyraźnej roli w budowaniu sukcesu zespołu. Angaż w jakichkolwiek klubach działających w Pasadenie wymagał aby zespół odgrywał znane utwory, których słuchanie zachęcało do tańca. Van Halen, jak nikt inny, potrafili nadać własnego szlifu każdemu utworowi, niezależnie od jego dotychczasowej renomy. Robili to z taką wprawą i radością, że słuchacz nie tęsknił za oryginalnym wykonaniem. I choć covery, dzięki zdolnościom muzyków, odgrywane były perfekcyjnie, to talent Eddiego nie musiał być aż tak oczywisty dla przypadkowych słuchaczy. To osobowość Rotha przyciągała uwagę, a jego ekscentryczny sposób bycia sprawiał, że koncerty zespołu zaczynały przypominać rockowe święto w którym uczestnictwo nobilitowało spragnionych wrażeń amerykańskich nastolatków. Ponadto jego dystans do sceny hard i heavy rockowej pozwolił muzykom rozbić skorupę swych dotychczasowych bezpośrednich inspiracji. Roth: Van Halen to było Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Nie słuchałem żadnego z tych zespołów. Jeżeli chodzi o białych muzyków to chciałem słuchać co najwyżej perkusisty Sly and the Family Stone. Dzięki temu Van Halen osiągnął doskonałą równowagę muzyczną.

Nie od razu jednak Roth spotkał się z akceptacją fanów. Nowy frontman Mammoth przywodził na myśl  Jima Dandy’ego Magruma z Black Oak Arkansass stając się właściwie jego kopią narażając tym samym zespół na śmieszność. Choć inspiracje w scenicznym zachowaniu czy gestach były wyraźne, to z czasem Roth potrafił je zaadoptować i przekształcić tworząc swój własny, unikalny styl. Miał ponadto w głębokim poważaniu zdanie fanów co, o dziwo, zjednywało mu ich szacunek.

https://radiopoznan.fm/n/mkBibz
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 10:00 13:00 15:00 16:00 17:00

@TWITTER