NA ANTENIE: Bez zadyszki
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

The Weeknd pokazał moc – piski, ciarki i łzy na Narodowym

Publikacja: 07.08.2026 g.10:40  Aktualizacja: 08.08.2026 g.09:48 Marcin Żyski
Kraj
Abel Tesfaye znany jako The Weeknd lubi podczas swoich koncertów mówić do swoich fanów, że właśnie trwa „najgłośniejszy koncert ever” albo, że to „najpiękniejsza noc w jego życiu”. Podczas drugiego organizowanego przez Live Nation warszawskiego występu w roku 2026 również padły takie słowa i właściwie w nie uwierzyliśmy.
The Weeknd - fot. Live Nation
Fot. (fot. Live Nation)

Spis treści:

    Dlaczego mielibyśmy nie uwierzyć? Bo aplauz 80 tysięcy jego fanów (w większości fanek) był na Narodowym tak donośny, że niektórym, w tym mnie, „przerywały uszy”! Szaleństwo przypominało złote czasy Michaela Jacksona, w pewnym momencie usłyszeliśmy wręcz prośbę, byśmy się uspokoili i pozwolili mu coś powiedzieć. Kilka razy zdarzyło się w przerwach między utworami, że Abel sobie po prostu stał i słuchał tych niewyobrażalnych pisków, a gdy robiły się cichsze, spoglądał w drugą stronę lub wykonywał jakiś inny ruch i ogromny hałas powracał. Wyglądało na to, jakby trochę niedowierzał w to, co się dzieje, momentami zdawał się być bardzo wzruszony, czyżby nawet uronił łzę? Jak wielu z nas tego wieczoru?

    Porównania z Michaelem Jacksonem nasuwały się również z powodów stricte muzycznych – w takich piosenkach, jak „I Feel it Comin’” czy „Out of Time” (z poruszającym momentem wyjścia do fanek, z których jedna najpierw zaśpiewała fragment do mikrofonu, a następnie została przez swojego idola przytulona) słychać podobny sposób śpiewania, sam głos zresztą też często przypomina Jacko, niewątpliwie jednego z artystów wszech czasów. Dziś do tej listy można już dołączać również samego The Weeknda - przecież w ostatnich latach w serwisach streamingowych regularnie ściga się o miano światowego lidera z Taylor Swift, a wiązankę swoich wielkich hitów mógłby prezentować nawet dłużej, niż te warszawskie nieco ponad dwie godziny.

    Zabrakło m.in. „In Your Eyes” czy „Dancing in the Flames”, ale nikt chyba nie odczuwał niedosytu, bo zaśpiewanych tego wieczoru tytułów było więcej, niż sugerowałby czas trwania występu. Choćby w związku z megamiksem tanecznych piosenek w środku koncertu, który w tym czasie zamienił się w jedną wielką imprezę. Zaczęło się od „Sao Paulo”, który dopiero w wersji live pokazuje prawdziwą moc potężnego beatu, zaskakującego wielu fanów w dniu premiery. Następnie wybrzmiały m.in. klubowe bangery stworzone wraz z topowym szwedzkim producentem Maxem Martinem („Take My Breath” i „I Can’t Feel My Face”). Ich wspólne utwory były też ozdobą końcówki koncertu - „Less Than Zero” porwało cały stadion do tańca stając się jednym z punktów kulminacyjnych, przy okazji jednym z najbardziej radosnych momentów koncertu; rzecz jasna wybrzmiały też dwa ich największe radiowe hity -„Save Your Tears” (świetna wersja, z dłuższą, częściowo pozbawiona beatu partią) oraz obowiązkowe „Blinding Lights” (również ciekawiej, niż na płycie, z wokalem w roli słynnego syntezatorowego motywu).

    Jednak to nie radiowe hity zostaną mi w głowie najdłużej – spotkanie na żywo z The Weekndem to muzycznie oferta bardzo szeroka, bogactwo rytmów, brzmień, żonglerka gatunkami i wibracjami, z dwoma wspólnymi mianownikami – niesamowitym głosem artysty i jego wrażliwością, która pozostaje niezmienna nawet wtedy, gdy na dołącza do niego na scenie człowiek teoretycznie z innej planety, czyli Playboy Carti. W tym momencie przez prawie 10 minut skakaliśmy jak na koncercie hip-hopowym, wcześniej mieliśmy tego kilka razy więcej (i mocniej) podczas jego „rozgrzewki”.

    Skoro o supportach mowa, pierwszy występ został potraktowany raczej chłodno – zdecydowana większość wcześnie zgromadzonych wolała się wachlować (było prawie 40 stopni!), aniżeli pląsać do raczej mocnych, elektronicznych beatów tajemniczej postaci znanej jako Prince 85. Warto odnotować, że w trakcie jego występu głos gwiazdy wieczoru usłyszeliśmy aż trzy razy (m.in. w „Odd Look”, stworzonym wspólnie ze zmarłym kilka dni wcześniej Kavinsky’m). Playboy Carti miał w planie dwa Weekndowe akcenty, w tym najpopularniejsze ze wspólnych dzieł "Timeless", które dzięki temu wybrzmiało tego wieczoru dwa razy. W porównaniu do występu z poprzedniej nocy postawił na bardziej przebojowy repertuar, jakby miał ochotę jeszcze mocniej rozruszać publikę, która przecież w niemałym procencie (od niektórych nastolatków słyszałem, że to mogło być nawet 10% zgromadzonych) przybyła na Narodowy albo tylko dla niego, albo był co najmniej jednym z ważnych powodów. To przecież rzadkość, żeby artysta supportujący występował przed takim tłumem - płyta była prawie pełna, zabawa przednia, a obowiązkowe "Fe!n" Travisa Scotta jak zawsze zatrzęsło parkietem. Dodajmy, że trzęsienie odbywało się z pomocą potężnych basów (trybuny trzęsły się dosłownie!), dużo głośniejszych, niż te przygotowane dla Abela.

    Wspólne dwa numery obu gwiazd wywołały wielką euforię i wprowadziły kolejne muzyczne urozmaicenie do i tak szerokiej palety dźwiękowych barw, którą charakteryzują się koncerty The Weeknda. Nawiasem się zastanawiając - kto z popowej ekstraligi posiada ją szerszą? R'n'b w odsłonie dynamicznej i balladowej, hip-hop, dynamiczny pop, ejtisowy synth-pop, francuskie electro, porywająca muzyka klubowa m.in. od Szwedzkiej Mafii, a dodatkowo wszystko zagrane z żywymi instrumentami, z bardzo wyraźną akustyczną perkusją.

    Na koniec słów kilka o wspomnianej "balladowej odsłonie r'n'b", która była ważnym elementem całej układanki. Dla niektórych może najważniejszym - przecież najgłośniej Narodowy śpiewał "The Hills" i "Call Out Your Name"!

    Piski, ciarki i łzy. Wielkie emocje, przypominające na czym polega fenomen The Weeknda - to nieczęsta sytuacja, by 80 tysięcy gardeł najbardziej donośnie intonowało piosenki poza tym stadionem praktycznie nieznane. Do tego jeszcze „Often”, „Die For You”, fragmenty „Faith”, “I Wan Never There”, “Niagara Falls”, plus przepiękne melodie “The Abyss”, poruszające intro do “Wake Me Up”, początek koncertu w postaci „Baptized In Fear”…

    Nie wiem, czy częściej tańczyłem, czy jednak wczuwałem się i wzruszałem. Na pewno bez względu na liczbę pirotechnicznych wystrzałów, średnicę potężnego ekranu czy szaleństwa wizualne uzyskane dzięki sterowanym opaskom LED, miałem przez ponad 120 minut poczucie uczestniczenia w muzycznej uczcie o bardzo wielu smakach, złożonej z pełnych fantazji kompozycji i wykonanych w najczęściej zachwycający sposób. Głosem jednym na milion. Oraz z pomocą charyzmy i aury z jednej strony kogoś nierealnego, a z drugiej uśmiechającego się do ciebie w niezwykle ciepły, wręcz przyjacielski sposób. Nawet jeśli często śpiewa o mrocznych stronach życia, a ogólny vibe jego nagrań i koncertów ma charakter bardziej nocny, niż dzienny. Czy to faktycznie „Michael Jackson naszych czasów”? Nie wiem, ale osobiście nie dziwię się tym wszystkim, którzy stawili się na obu jego warszawskich koncertach i przeżyli to doświadczenie dwa wieczory z rzędu. Następnym razem też tak zrobię!

    https://radiopoznan.fm/n/yddjYZ
    KOMENTARZE 0