Fakt, że działalność Victorii Spivey dotyczny świata fantastycznego i tajemniczego, lecz także świata, którego już nie ma. Są jednak artyści szanujący tradycję i – jak śpiewał Marek Grechuta – chcący wiele ocalić od zapomnienia. Postać Victorii Spivey jest w tym przypadku wspaniałym przykładem. Była jedną z wielu afro amerykańskich wokalistek, które w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku, zachwycały śpiewaniem bluesa i jazzu. Było wiele takich artystek: Ma Rainey, Bessie Smith, Lucille Bogan, Ida Cox, Alberta Hunter. Wśród tych najpopularniejszych wyróżniała się Victoria Spivey. Miała wiele atutów: urodę, głos, grała na kilku instrumentach, tańczyła i komponowała piosenki. Kiedy miała 12 lat grała na pianinie w sali kinowej podczas seansów niemych filmów.
Victoria Spivey była wszechstronna, jeden z krytyków muzycznych użył w stosunku do Victorii Spivey porównania „Madonna Of The Blues”. Rzeczywiście artystka była bardzo ambitna i jak na tamte odległe czasy, wykorzystywała różne narzędzia promocji i reklamy. Organizowała sesje zdjęciowe, wydawała biuletyn o muzyce i koncertach, występowała w teatrach, rewiach i w radiu. Mało tego. Kiedy w kolejnych dekadach inne artystki usunęły się w cień, Victoria Spivey założyła wydawnictwo płytowe Spivey Records. W jednej z sesji nagrań artystki wystąpili młodzi, utalentowani muzycy, Bob Dylan i Maria d’Amato.
Przepraszam, że zlekceważyłem zasady zwięzłej recenzji płytowej i naraziłem czytelnika na lekturę przydługawego wprowadzenia. Jest ono niezbędne, żeby zająć się nową płytą wspomnianej Marii d’Amato. Przepraszam, Marii Muldaur, bo pod takim nazwiskiem po mężu Geoffie Muldaur, znamy ją od dobrych 50 lat. Ta wybitna artystka zaczynała w kręgu nowojorskiej sceny folkowo-bluesowej. Rzeczywiście Victoria Spivey bardzo wspierała startującą do kariery, młodą wokalistkę, która teraz zdecydowała się na wspaniały gest. Jej płyta nosi tytuł „One Hour Mama - The Blues Of Victoria Spivey”. I wszystko jasne.
Maria Muldaur składa hołd swojej mentorce i przypomina światu o muzyce sprzed stu lat. To wyśmienita płyta, zachowująca dawny nastrój i naturalne walory piosenek. Trzeba być samemu bardzo dojrzałym artystą, żeby nie ulec pokusie przerabiania oryginalnych kompozycji na modłę współczesności. Wiem, że tak skonstruowany obraz dźwiękowy, kładący nacisk na odtworzenie zamiast wywrócenia wszystkiego pod dyktando elektroniki i komputerowych programów, może dużą część melomanów odstraszyć.
Maria Muldaur nagrała 12 piosenek, w tym aż 7 własnych kompozycji Victorii Spivey. Pozostałe 5 śpiewaczka miała także w repertuarze, kiedy współpracowała z takimi tuzami jazzu jak Louis Armstrong, Lonnie Johnson czy King Oliver. W nagraniach muzycy i ich naturalne instrumenty, jak przystało na jazzowe orkiestry w starym stylu. W dwóch utworach Maria Muladur śpiewa w duecie z Elvinem Bishopem oraz z Taj Mahalem. Tu także nie było przy wyborze gości żadnego wyrachowania. Obaj muzycy zawsze zdradzali ciągoty do poszanowania tradycji muzycznej. Nie ma więc na płycie wydziwiania i wariacji na temat. Wiodącą rolę w akompaniamencie odgrywa fortepian, saksofon, akustyczna gitara. Słychać bandżo, klarnet i washboard, czyli tarkę. Skład instrumentalny ewoluuje i wtedy dęciaków jest jeszcze więcej. Zachowana jest na szczęście lekkość muzyki.
Z płyty bije urok i jakaś słodycz przeszłości. Jest jeszcze coś bardzo istotnego, inne poczucie czasu, wyrażane w niespiesznym tempie piosenek. Podkreśla to również wyluzowany, momentami seksowny sposób śpiewu Marii Muldaur oraz jej głos z lekkim nalotem szorstkości w barwie. Gdy dodamy do tego charakterystyczną skoczność rytmiczną, słuchacz przeniesie się mimo woli do początków ery bluesa i jazzu. Nie zamierzam wyróżniać żadnego utworu, bo wszystkie układają się w błyszczącą kolekcję. Czasem warto wyrwać się z napierającej zewsząd teraźniejszości. Ta płyta jest dobrym sposobem na taką przyjemną ucieczkę.