Sam Bannon jednak nie zamierza spocząć na laurach. Nie nazbierał ich zresztą dostatecznie dużo, by móc nim wyścielić posłanie. „Moje ręce są ponownie na mojej broni” - przyznał. Będzie więc walczył i będzie lała się (nie tylko metaforyczna) krew. Wcale to nie dziwi - Bannon, a przecież również i Trump, to dowód na to, że Stany Zjednoczone dochowały się nowego gatunku na politycznym spektrum - prawicowego aktywisty, który prawie we wszystkim zrównał się ze swoim lewicowym kontrpartnerem. Prawie, bo brakuje mu uwielbienia, organizacji i mediów, które pochyliłyby się nad nim i szepnęły mu: dobra robota. "Prawicowy aktywista", "populista", "radykalny konserwatysta", czy już bez ogródek "faszysta" i "alterprawicowiec" - nie dostaje dowodów uznania.
W najważniejszych amerykańskich mediach konserwatywnych częściej otrzyma naganę, niż pochwałę. No cóż - dla konserwatystów patrzących na rzeczywistość lokalną z perspektywy bytu i nicości, statecznych, przyjmujących przemijanie świata z melancholią, aktywizm radykalnych, alt- i nowych prawicowców, jest niemniej irytujący, niż lewicowi koledzy po fachu. Swoim wrzaskiem, protestami, okrzykami i ogólną nadpobudliwością polityczną psują widoki ruin starego świata. Zatem National Review czy szacowny Commentary Magazine z ulgą przyjmują oznaki braterstwa ponad podziałami lewych i prawych radykałów, gorliwie odrzucając wszelkie sugestie jakiegokolwiek powinowactwa ich samych z nimi.
Na tamtejszym podwórku politycznym odejście Bannona było z jednej strony oczywistością i koniecznym punktem zwrotnym tej prezydentury, z drugiej zaś zbiegiem okoliczności. Tajemnicą poliszynela było, że nie cieszy się on sympatią najbliższego, także rodzinnego, otoczenia Trumpa. Bannon to przecież "przyjaciel" z okresu kampanijnego prezydenta i jak to bywa z takimi przyjaciółmi - w nowych warunkach stają się zawadą.
Były współpracownik prezydenta wierzy w nacjonalizm i w wojnę z Chinami. Chce porzucenia wszystkich innych zadań, takich jak wycofania się z Korei, Afganistanu czy Syrii, i skupieniu na dziele powstrzymania Pekinu. To wizja godna geopolitycznego wizjonera, lecz niezbyt dobra dla strategii państwa uwikłanego w liczne sojusze i wielorakie relacje.
Dziś część mediów wręcz widzi w Bannonie tego, który Trumpa uczynił prezydentem (oczywiście nie licząc głosów kilkunastu milionów Amerykanów). Przecenianie jego roli jest świadome. Ma to bowiem sugerować, jak teraz osłabnie siła prezydenta. Czy odejście Bannona może faktyczne znamionować przesunięcie Trumpa ku konserwatywnej (republikańskiej) ortodoksji? Nie ma jednak takiego powodu. Pomimo przypisywania prezydenturze "nowoprawicowego charakteru", jak ujął to komentator Ben Shapiro, Trump był Bannonem tylko w słowach. Poza nimi jednak w realizowanej polityce charakteryzuje go amerykański realizm polityczny, a w polityce zagranicznej nawiązujący do taktyki Busha bez neokonserwatywnej nadbudowy.
Bannon nie jest wbrew mniemaniom ofiarą wydarzeń w Charlottesville. W tle są też jego związki z rosyjskim śledztwem, lecz i to nie przesądziło. Wymówienie ze służby złożył na początku miesiąca. To był jego wybór. Teraz powróci do tego, co mu najlepiej wychodziło: snucia wizji.
Czy odejście może jednak będzie oznaczać, że prezydent stanie się bardziej akceptowany przez liberalną stronę? Przecież trzymanie na swym dworze Bannona miało być jednym z głównych grzechów Trumpa. Nic z tego. Prezydentura Trumpa jest ważna dla amerykańskiej szeroko pojętej prawicy, szczególnie tej oddolnej (grassroots), wierzącej w ideę Make America Great Again w wymiarze praktycznym i ideowym. Dla wielu republikanów jest on jednak kolejnym prezydentem-demokratą, tylko że z prawego skrzydła Partii Demokratycznej. Równie nie będącym "swoim", jak w przypadku Bannona.
Trump ważny jest jednak także dla amerykańskiej lewicy i liberałów. Stał się on dla nich punktem odniesienia, dzięki któremu mogą budować swoją tożsamość; nie szkodzi, że jest to głównie tożsamość negatywna. Widać to było w miniony weekend w Bostonie, gdzie miała się odbyć kolejna manifestacja środowisk alterprawicy, przemieszanych z nacjonalistami. Została jednak zmieciona przez dużo większą kontrmanifestację tego prawicowego wiecu. Trump nawet zdążył wyrazić wsparcie dla kontrmanifestantów, idących pod hasłami walki z nienawiścią. Na próżno.
Marsz ten miał tak naprawdę przede wszystkim wyrazić wrogość dla prezydenta i do tego odnosiła się większość haseł. To powtarzanie tego samego przekazu, jaki dało się słyszeć w USA przez cały poprzedni tydzień: Trump i rasizm to synonimy. Problem więc w tym, że w kwestii polityki wewnętrznej i idei nie ma on gdzie się wycofać, nie ma dość miejsca na aksjologiczny zwrot.
Trump został wyniesiony do góry dzięki koalicji wielu środowisk, zjednoczonej na chwilę pod silnym hasłem. On sam jednak, niewierzący w żadną konkretną doktrynę, nie chciał być ani ortodoksyjnym republikaninem czy konserwatystą, ani liberałem. Jego faktyczne działania i postawa nie mają dużego znaczenia. Stał się już bowiem postacią-symbolem, do którego należy się odnieść. Amerykańscy liberałowie są zbyt uzależnieni od wrogości do Trumpa i zbyt wiele jej zawdzięczają (szczególnie poparcie młodych), aby się z niej wycofać.
Trudno też oczekiwać, że Trump uzyska uznanie po konserwatywnej stronie. Tym bardziej, że różnica między umiarkowanym amerykańskim liberałem zachwalającym imigrację, równość i społeczną sprawiedliwość a członkiem antify, który zachwala te same rzeczy, lecz posuwając się do zamieszek i gróźb przemocy, to tylko sprawa ilościowa. Po prawej stronie sprawy wyglądają inaczej. Znowu trzeba przypomnieć: alterprawicy, a w szczególności grup rasistowskich, nikt nie lubi. Bannonowi i jemu podobnym pozostaje więc walka na idee, w czym zresztą zawsze czuli się najlepiej.
Łazarz Grajczyński