Dziennik wraca do kwestii umowy zawartej w brytyjskim gwiazdorem. Głos dotarł do akt umorzonego już śledztwa prowadzonego w tej sprawie przez prokuraturę w Koninie. Wcześniej - pisze gazeta - dokumentów odmówiono jej w magistracie, prezydent Poznania nie przekazał ich także szefowi komisji rewizyjnej rady miejskiej Szymonowi Szynkowskiemu vel Sękowi, sprawą interesowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Z dokumentacji, do której dotarł Głos, wynika, że pierwotne prawo organizacji koncertu miała firma L. - światowy potentat w branży - i gdyby z nią miasto zawarło umowę, sporo by zaoszczędziło. "Nie było to możliwe, bo producentem koncertu była firma M.i tylko ona miała stosowne uprawnienia - tłumaczy Głosowi dyrektor Biura Promocji Miasta Łukasz Goździor.
Według Głosu tej wersji przeczą dokumenty. Gazeta zaznacza, że prawa do poznańskiego koncertu Stinga kupiła najpierw od firmy L - warszawska spółka U , która potem odsprzedała je firmie M. zarabiając na tym 10 procent ogromnego honorarium piosenkarza. Wg dokumentacji - pisze Głos - miasto mogło zrezygnować z pośrednika, nie musiało też zgodzić się na kosztowne aneksowanie umowy na występ.