Przeciw dziecięcej nadwadze
Rakieta przeleciała nad wyspą Hokkaido i następnie spadła do oceanu. Pocisk, jak donoszą służby południowokoreańskie, miał zostać wystrzelony ze stolicy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej - przeleciał więc ponad 2700 kilometrów.
Wydarzenie to doczekało się już, utrzymanych w ostrym tonie, reakcji w Tokio i w Seulu. Od poniedziałku trwają wspólne ćwiczenia wojskowe Koreańczyków z Południa z Amerykanami. Mogły być one przyczyną wystrzelenia rakiety, podobnie jak miało to miejsce w zeszłą sobotę. Było więc to dość typową dla Pjongjangu reakcją odstraszającą. Celem działań komunistycznego reżimu są bowiem Korea Południowa oraz (rzadziej) Japonia.
Premier tego drugiego kraju, Shinzo Abe, nazwał wystrzelenie rakiety poważnym zagrożeniem dla jego państwa i kontaktował się już w tej sprawie z Białym Domem. Sekretarz stanu USA Rex Tillerson z kolei rozmawiał z minister ds. zagranicznych Korei Południowej Kang Kyung-wha. Mieli się oni porozumiewać w sprawie nowych sankcji, jakie w najbliższym czasie oba kraje wprowadzą przeciw Korei Północnej.
Wskazuje się, że wprawdzie rząd KRLD zrezygnował z wystrzelenia w połowie sierpnia rakiet balistycznej w kierunku amerykańskiej wyspy Guam, lecz obecny atak dowodzić ma, z uwagi na zasięg rakiety, iż Pjongjang jest dalej w stanie to zrobić. Kryzys na Półwyspie Koreańskim trwa od stycznia tego roku i już zaowocował zainstalowaniem systemu przeciwrakietowego w Korei Południowej oraz wzmożoną obecnością sił USA w tym regionie. Japonia na początku sierpnia również rozmieściła na swoim wybrzeżu wyrzutnie rakiet i postawiła w stan gotowości marynarkę na Morzu Japońskim.
Działania Koreańczyków z Północy są niezmienne od lat. Reżim ten nauczył się, że jedynym sposobem na uzyskiwanie potrzebnych dóbr jest wywoływanie w regionie napięć politycznych. W grę wchodzi oczywiście także kwestia wizerunkowa - specyficzne dla Pjongjangu poczucie honoru, które prezydent Trump naruszył pół roku temu. Ten wizerunek - państwa samodzielnego, suwerennego i ważnego - wpisany jest w strategię polityczną KRLD równie wyraźnie, jak budowanie arsenału rakietowego.
Kryzysu nie można jednak tłumaczyć wyłącznie podrażnioną dumą. Celem KRLD, poza podtrzymaniem swojej pozycji międzynarodowej, jest rozbudowywanie posiadanego przez siebie arsenału militarnego z bronią balistyczną i nuklearną na czele. Z racji, że nikt nie chce jej na to pozwolić, Korea Północna musiała wcześniej spowodować serię napięć, by posiadanie przez nią zaawansowanej broni zostało zaakceptowane przez innych.
Fakt, że Koreańczycy nie rezygnują z prowokacyjnych działań i wypowiedzi świadczy o tym, iż nie osiągnęli jeszcze swojego celu. By ich uspokoić, wymagana będzie także zmiana tonu ze strony USA - jedynego kraju, z którym KRLD tak naprawdę się dziś liczy. Z drugiej jednak strony Amerykanie nie pozostają w całej sprawie stroną bierną. Można wręcz postawić tezę, że świetnie wykorzystują ten kryzys do zmiany układu sił na Dalekim Wschodzie, dozbrajając Tajwan i Koreę Południową. Ważną kwestią pozostaje jeszcze siła militarna Japonii. Konstytucja tego kraju w praktyce zabrania mu posiadać prawdziwą armię (oficjalnie Japończycy mają tylko siły samoobrony), a zmiany tego stanu nie chce większość Japończyków, ani tym bardziej Koreańczyków.
W jakich jednak warunkach zmiana w tym zakresie mogłaby zostać zaakceptowana przez nich samych, do czego otwarcie dąży premier Abe? Oczywiście gdy zaistnieje realne zagrożenie bezpieczeństwa. Gdyby Japonia w normalnych warunkach postanowiła przekształcić swoje siły w realne wojsko, wywołałoby to protesty nie tylko w Seulu, ale również w Pekinie. Dla Waszyngtonu nie jest wskazane, aby dwoje jego najważniejszych sojuszników wkroczyło na ścieżkę wojenną, a tak mogłaby się zakończyć próba remilitaryzacji Japonii.
Rakiety przelatujące nad Hokkaido są jednakże świetnym argumentem, nawet dla Seulu, do przekształcenia Japonii w państwo z poważnymi siłami militarnymi. Nie dziwi więc, że Pekin, który dawał się dotychczas przekonywać Waszyngtonowi, że ten oczekuje od Chin pomocy w sprawie rozwiązania kryzysu na Półwyspie Koreańskim, może teraz zmienić front. Na wtorkowe wystrzelenie rakiety zareagował on wzięciem KRLD w obronę, ogłaszając, że winę za wydarzenie ponoszą prowokujące reżim Seul i Waszyngton. Może być to początek zmiany w polityce Chin, które dotychczas dystansowały się od Korei Północnej - praktycznie swojego jedynego, stałego sojusznika w regonie.
Łazarz Grajczyński