W tle tej sprawy jest realizacja w placówkach bankowych czeków bez pokrycia. Jak ustalili śledczy, zarówno ofiara, jak i oskarżeni w tym uczestniczyli.
Sąd skazując obu mężczyzn podkreślał, że procesu by nie było, gdyby jeden z oskarżonych po latach nie ujawnił tego, co się wydarzyło. Prokurator Jacek Szymanowski potwierdza, że gdyby nie zeznania Piotra Z., śledczym dużo trudniej byłoby doprowadzić do skazania oskarżonych.
Jest satysfakcja. To była trudna sprawa, to jest trudna sprawa. Trudność polega przede wszystkim na tym, że po pierwsze nie ma zwłok. To są jednak rzadkie procesy o zabójstwo, że sąd dochodzi też do przekonania i podziela argumentację oskarżenia, że mamy do czynienia z zabójstwem mimo, że zwłoki nie zostały ujawnione. Druga trudność polegała na znacznym upływie czasu od tej zbrodni
- mówi prokurator.
Na wyrok czekała córka zamordowanego. Kiedy jej ojciec zginął, miała dwa lata.
Sprawiedliwości chciałam. Miałam dwa latka i nie miałam wpływu na to wszystko. Chcę teraz dowieść prawdy i dowiedzieć się, co się stało. Do tej pory nie ma ciała, nie mam grobu i nie mogę postawić nawet głupiej świeczki tacie
- mówiła córka.
Drugi oskarżony w tej sprawie - Maciej P. - nie przyznaje się do winy, więc można się spodziewać apelacji obrony.
Do zabójstwa doszło w kwietniu 1998 roku. Jak ustalił sąd, po zrealizowaniu czeków bez pokrycia oskarżeni pojechali z ofiarą do lasu. Sąd uznał, że zabójstwo zaplanowali. Najpierw jeden dusił mężczyznę, a potem drugi uderzył go lewarkiem w głowę. Ciała do tej pory - mimo poszukiwań zakrojonych na szeroką skalę - nie udało się znaleźć. Według sądu motywem zbrodni były nie rozliczenia finansowe, ale obawa, że poszkodowany może wydać oskarżonych policji.
Prawomocnie umorzone śledztwo w sprawie zaginięcia Marka M. wznowiono po zeznaniach Piotra P., który dziś w sądzie jeszcze raz przeprosił rodzinę zamordowanego.