W kwietniu było 7 porodów, w maju – 4, i w czerwcu również 4 – mówi dyrektor szpitala w Turku, Jacek Sawicki.
Średnia porodów w 2024 roku wynosiła między 20 a 30 porodów miesięcznie. Przy takiej liczbie porodów straty wynosiły 1 milion 650 tysięcy za rok. Przy takiej liczbie porodów, jaka jest teraz, ta strata prawdopodobnie przekroczyłaby 2 miliony złotych
- wyjaśnia Sawicki.
Oddział ginekologiczno-położniczy w szpitalu w Turku funkcjonuje nadal, jednak jego działalność została przeprofilowana na ginekologię małoinwazyjną. Dyrektor szpitala w Turku podkreśla, że w sytuacjach kryzysowych, gdy rodząca zjawi się w szpitalu, otrzyma pomoc. Następnie, po ustabilizowaniu stanu jej i noworodka, zostanie przetransportowana do szpitala, w którym czynny jest oddział noworodkowy. Najbliżej położone placówki są w Kole, Koninie i Kaliszu. Zapytaliśmy mieszkańców, co sądzą o zawieszeniu oddziału noworodkowego w tureckim szpitalu:
- Żeby kobiety nie mogły urodzić w Turku, tylko musiały gdziekolwiek dojeżdżać. To jest masakra.
- Przecież tutaj też kobiety zachodzą w ciążę.
- Nie mnie oceniać, czy się opłaca przyjąć na świat chociaż jedno dziecko. Uważam, że tak.
- To jest za daleko jednak, nie? Może kobieta urodzić po drodze
- mówią mieszkańcy.
Zawieszenie działalności oddziału noworodkowego to element restrukturyzacji szpitala w Turku, który zmaga się z zadłużeniem w wysokości około 43 milionów złotych. Władze starają się, by w przypadku uruchomienia przez rząd programu oddłużeniowego szpitali, placówka mogła do niego przystąpić. Jednak by tak się stało, szpital nie może generować strat. Na koniec 2023 roku szpital w Turku miał około 8,5 miliona złotych rocznej straty. W połowie zeszłego roku zmieniło się kierownictwo szpitala i zaczęto wprowadzać zmiany w placówce. Na koniec ubiegłego roku strata spadła do około 2,5 miliona złotych.