Burmistrz Jarocina: Mogłabym być spokojniejsza, gdyby referendum się odbyło
- Działalność firmy Primus zarejestrowanej ponad dwie dekady temu przez lata nie budziła zastrzeżeń - mówi dyrektor zespołu Szkół im. Hipolita Cegielskiego w Rogoźnie Jarosław Łatka.
Przez kilka lat współpracowaliśmy z firmą, robili u nas szkolenia w ramach projektów unijnych. Do tej pory złego słowa o firmie nie mogłem powiedzieć. Byli skrupulatni, robili szkolenia, robili wszystkie egzaminy.
Dlatego dyrektor Łatka nie widział powodu, by uniemożliwić Primusowi werbunek na terenie szkoły uczniów na kolejny kurs.
Znaleźli chętne osoby, które chciałyby dodatkowo zrobić sobie uprawnienia na wózki widłowe i platformy, zebrali pieniądze od młodzieży.
Odbyły się wstępne zajęcia teoretyczne i kontakt z Primusem się urwał.
Próbowałem się dodzwonić do tego pana, który z reguły kontaktował się z nami. Nie odbierał, odrzucał moje telefony.
Podobna sytuacja miała miejsce w Zespole Szkół im. Kutrzeby w Obornikach.
Firma Primus zwróciła się z zapytaniem, czy może wywiesić plakaty informujące o możliwości zapisania się na kurs wózków widłowych
- mówi kierownik szkolenia praktycznego w szkole Arleta Markiewicz.
Również tam odbyły się zajęcia teoretyczne, ale o praktycznych nie było mowy. Pani Arlecie Markiewicz udało się do Primusa dodzwonić.
Ten pan przedstawił mi sytuację w ten sposób, że zmarł wspólnik i musi być przeprowadzona sądownie sprawa spadkowa.
Według KRS, Primus nie jest spółką i nie była spółką. Spółką jest natomiast Primus II, w której wspólnikiem jest właściciel Primusa, ale ta firma nie ma w zakresie swojej działalności szkoleń.
Jaki więc związek z niewywiązaniem się z umowy miałaby ewentualna sprawa spadkowa - nie wiadomo, a kontakt z Primusem także w Obornikach się urwał.
Niedawno uczniowie ponownie byli u mnie, dzwoniłam, już ten pan nie odebrał
- dodaje kierownik.
Także naszemu reporterowi do Primusa nie udało się dodzwonić. Pojechał więc na miejsce i zastał zamknięte biuro firmy Primus. Okoliczni mieszkańcy powiedzieli, że rzadko widują właściciela.
- Przyjeżdża tu w nieokreślonych godzinach ten pan i za chwilę wyjeżdża - dodają.
Naszemu reporterowi dopisało szczęście, właściciel przyjechał do biura po dokumenty, nie gasząc nawet samochodu. Powiedział, że nie ma czasu, a pod presją pytań oświadczył, że sprawa jest - jak się wyraził - u mecenasa. Zapytany, czy wywiąże się z obietnicy i przeprowadzi kurs powiedział, że raczej mowa będzie o zwrocie pieniędzy. Kiedy i na jakich zasadach, tego nie wyjaśnił.
Niestety, żaden z poszkodowanych ani rodziców nie chciał rozmawiać z naszym reporterem. Są na etapie konsultacji prawnych. Policja w Szamotułach nie dostała żadnego oficjalnego zgłoszenia, ale o sprawie wie. Według sąsiadów Primusa, są marne szanse na odzyskanie przez uczniów pieniędzy. Ilu ich jest i jakie w sumie ponieśli straty - dziś trudno określić.