Pozwała Wojewódzką Stację Pogotowia i Komendę Miejską Policji. Zarzuca im nieprawidłowości, które podczas akcji ratunkowej, miały doprowadzić do śmierci jej męża. W poznańskim sądzie rozpoczął się proces w tej sprawie.
W lutym 2013 roku kobieta wezwała do męża pogotowie. Miał atak padaczki. Ratownicy o pomoc poprosili policję, bo mężczyzna był agresywny. Nie chciał jechać do szpitala. Jak relacjonowała w sądzie wdowa - policjanci zakuli go w kajdanki, a jeden funkcjonariusz przyciskał kolanem do podłogi. Nagle okazało się, że potrzebna jest reanimacja. Mimo podjętych prób - mężczyzna zmarł. Wszystko rozegrało się na klatce schodowej.
- Powódka dochodzi tego, by jej dzieci mogły godnie żyć, bo straciły ojca - mówi pełnomocnik kobiety mecenas Marcin Pusty.
Pełnomocniczki stacji pogotowia i komendy policji odrzuciły na pierwszej rozprawie możliwość zawarcia ugody. Twierdziły, że skarżący nie wykazali związku między śmiercią mężczyzny a działaniami służb.
Prokuratura śledztwo w tej sprawie umorzyła. Biegły jako przyczynę śmierci wskazał ostrą niewydolność oddechową związaną z problemami kardiologicznymi. Według pełnomocnika rodziny - sekcja zwłok wykazała, że mężczyzna w dwóch miejscach miał złamany kręgosłup.
Magda Konieczna/pś/szym