Nikt nie zginął w nocnym wybuchu gazu w Murowanej Goślinie koło Poznania. Mieszkańcy zdążyli uciec. Pozostałych - w promieniu pół kilometra - ewakuowano.
Pożar udało się opanować po około dwóch godzinach, dzięki zakręceniu gazu, choć dogaszanie trwało jeszcze kilka godzin.
- Akcja była trudna ze względu na promieniowanie cieplne oraz ze względu na niewiedzę, która jest w pierwszej fazie działania. My jechaliśmy do pożaru na stacji paliw (takie było pierwsze zgłoszenie). W momencie, kiedy pierwsze siły dotarły, to dowiedzieliśmy się, że to jest gaz. Stąd było polecenie, żeby zakręcić zasuwy. Na szczęście nie było ofiar. Nie było osób poszkodowanych. Natomiast pora nocna, to trzeba się liczyć, że ludzie są w domach, że mogą być osoby, które trzeba będzie ewakuować - ocenia jej dowódca Jarosław Kuśmirek.
- Po wybuchu gazu w Jankowie Przygodzkim z 2013 roku, w którym zginęły dwie osoby, strażacy mieli już doświadczenie, jak w takiej sytuacji reagować. W momencie, kiedy dojeżdżałem na miejsce zdarzenia, łuna była widoczna z dużych odległości. Mam doświadczenie, wcześniej brałem udział w akcji w Jankowie Przygodzkim. Wiedziałem, że sytuacja może być poważna. Już przez korespondencję radiową poprosiłem o kontakt z GAZ-Systemem, by zakręcić zawory, bo to jest najskuteczniejsza metoda w gaszeniu tego typu pożarów. Strażacy, którzy przybyli pierwsi na miejsce zdarzenia zauważyli bardzo wysokie płomienie na kilkanaście metrów - dodaje dowódca akcji Jarosław Kuśmirek.
Teraz specjalna komisja ustali, co spowodowało wyciek gazu. Nadzór budowlany oceni straty mieszkańców. W uszkodzonych domach mieszkało 10 osób. Noc spędziły u rodzin. Gmina zaoferowała lokale zastępcze, a wojewoda obiecał pomoc finansową.