NA ANTENIE: Poranne RozPOZnanie
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Jak grać latami i nie nudzić - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 29.08.2025 g.13:01  Aktualizacja: 29.08.2025 g.09:33 Ryszard Gloger
Poznań
Od lat hołduję zasadzie, że nie recenzuję słabych lub beznadziejnych płyt. Inni lubią się pastwić i wymierzają bolesne ciosy autorom płyt, które zwyczajnie wykonawcom nie wyszły. Zamiast publicznie grymasić i się wyzłośliwiać, lepiej jest zwracać uwagę na te ciekawe wydawnictwa, które mogą przejść niezauważone w nieprawdopodobnie bogatej ofercie. Ilu melomanów doznało zaskoczenia natrafiając przypadkiem na wspaniałą muzykę sprzed lat. W czasie, gdy miała ona premierę zawiodła promocja lub dziennikarze muzyczni zignorowali.
The Black Keys „No Rain, No Flowers” - okładka płyty
Fot. okładka płyty

Spis treści:

    Zespół The Black Keys jest na mojej liście wykonawców, którymi się zajmuję regularnie od ponad dwóch dekad. Jestem przygotowany zarówno na przeżycie zawodu jak i kompletnego zachwytu. Kilka razy w przeszłości dałem temu wyraz, wyróżniając kilka płyt wydanych przez ten zespół. Mam na myśli chociażby albumy „El Camino”, „Delta Kream” czy „Dropout Boogie”.

    Mało jest takich muzyków, którzy tak zwinnie i inteligentnie poruszają się między różnymi gatunkami. Na samym początku muzycy zaskoczyli szorstkim garażowym graniem, nasyconym afro-amerykańską muzyką lat 60-tych ubiegłego wieku. W przypadku białych facetów ze stanu Ohio, było to bardzo ciekawe. Elementy rocka, soulu, bluesa tworzyły specyficzny blend. Całej muzyce autentyczności dodawało brzmienie, ani do końca vintage ani supernowoczesne. Używam terminu zespół, chociaż wszyscy wiedzą, że to fantastyczny duet Dana Auerbacha i Patricka Carney’a. Gitara i perkusja plus wokal i wiele, wiele więcej. Auerbach nagrywał jeszcze bas, a na scenie The Black Keys dopraszali kolejnych muzyków. Dość szybko muzycy stali się mistrzami studyjnej roboty, sukces pozwolił im nawet otworzyć własne studio EasyEye Sound w Nashville.

    W połowie roku 2025 mamy najnowszy krążek The Black Keys zatytułowany „No Rain, No Flowers”. Pierwsze odsłuchanie miało dać odpowiedź na zasadnicze pytanie, czy duet podąża dalej ścieżką odkrywania tradycyjnego bluesa czy uważa te ostatnie lata za okres zamknięty. Istotnie nowa płyta przypomina mocną kawę lub czarną herbatę, którą dla przyjemniejszego smaku, ktoś obficie posłodził. Już pierwsza tytułowa piosenka ma popowe zacięcie, z refrenami, chórkami i melodyjnymi dodatkami instrumentalnymi. Jak na mój gust aranżacja jest nazbyt bogata, jakby muzycy chcieli, żeby się słuchaczom od razu kawałek spodobał. Dalej jest ciekawiej, chociaż uderza alternatywne brzmienie, które odstaje od standardu muzyki pop.

    Jak zwykle muzyka The Black Keys jest eklektyczna, kto czuje bluesa, znajdzie tylko jego ślady. Jest także rytmika funk lub hiphopowa, co spodoba się młodemu słuchaczowi. Nie znajdziemy na płycie rzeczy nowych, których dotąd w muzyce The Black Keys jeszcze nie było. Trzeba jednak przyznać, że duet potrafi nagrywać zgrabne piosenki, żonglować doborem instrumentów i nastrojami. Raz dominuje gitara, czasem fortepian lub inicjatywę przejmują organy.

    W nagraniu „On Repeat” w konwencji r’n’b, ważną rolę odgrywa partia brudnej gitary, co w standardzie tej stylistyki się nie zdarza. Bardzo udany jest utwór „Made You Mine” utrzymany w aurze soulu znanego z płyt wytwórni Philly. W procesie tworzenia piosenek wzięło udział kilku fachowców od przebojów, takich jak Rick Nowels czy Desmond Child. W drugiej części płyty wyskakują dwie piosenki z rockowym zacięciem: „Man On A Mission” oraz „A Little Too High”.

    Cała płyta nie należy do szczytowych osiągnięć The Black Keys, lecz wraz z kolejnymi odtworzeniami muzyka wciąga i odsłania kolejne atuty. Ostatecznie to grupa wyróżniona nagrodami Grammy, Brit i MTV. Ci dwaj muzycy znaleźli sposób jak przez 20 lat pozostać sobą, tworzyć oryginalną muzykę i nie gryźć własnego ogona.

    https://radiopoznan.fm/n/ixpbPY