Czas na muzyczne podsumowanie najbardziej naszpikowanego światowymi gwiazdami festiwalu w historii Poznania. Wiedzą już państwo, jak wyglądał tegoroczny BitterSweet Festival w kontekście wizualnym, organizacyjnym i koncepcyjnym. Pisaliśmy o tym, kto go odwiedził i dlaczego, a także co ciekawego się wydarzyło, niekoniecznie w kwestiach artystycznych.
Czytaj: Różowy festiwal robi furorę w całej Polsce [RELACJA]
W naszej relacji zawarliśmy m.in. informacje o tym, według jakiego klucza dobierani byli artyści, którzy zasilili line-up festiwalu i dzięki którym tak świetnie sprzedały się bilety. Kolejne pytanie brzmi: czy spełnili nasze oczekiwania? Czy warto było na nich postawić również w kontekście wartości muzycznej, jakości ich występów na żywo i tego, jak bawiła się publiczność na Cytadeli?
Chyba największy entuzjazm festiwalowiczów wzbudzili artyści, których znamy od początku lat 90. – Damon Albarn z Gorillaz oraz Robbie Williams. Pierwszy najpierw znany był z zespołu Blur, drugi zaczynał w słynnym boysbandzie Take That. Obaj należą dziś do najważniejszych postaci brytyjskiego przemysłu muzycznego w historii, choć ta brit-popowa historia Albarna wydawała się nie mieć w Poznaniu znaczenia. Jakimś cudem na początku lat dwutysięcznych wokaliście Blur udało się wykonać tak bardzo skuteczny stylistyczny fikołek, że ćwierć wieku później na polskim festiwalu (i wielu innych na świecie) występuje jako potężna gwiazda muzyki teoretycznie nie-rockowej. Piszę "teoretycznie" bo skład zespołu był tak szeroki i brzmienie tak sążniste, że momentami bliżej byliśmy... Pink Floyd, niż skocznego rapu z pierwszych, kultowych singli, które notabene zrobiły na BitterSweet największą furorę ("Clint Eastwood", "Feel Good Inc.", "19-2000").
Liczba t-shirtów z napisem Gorillaz była w czwartek na Cytadeli wręcz niewiarygodna, podobnie jak przekrój wiekowy ich posiadaczy. Czy wszyscy byli ze swoich idoli zadowoleni? Najbardziej chyba ci starsi, bo ich "fajne i oryginalne bity", jak słyszy je młodzież, zamienione zostały w większości na solidne, zespołowe granie, przez co uleciał nieco klimat ich studyjnej twórczości. Zwłaszcza to było słychać w następujących po sobie "Melancholy Hill" i "Orange County". Z drugiej strony, z tego co wiem, ci najmłodsi byli tak wdzięczni swoim rodzicom za zabranie ich na ten koncert, że mogli nie słyszeć ani widzieć żadnych mankamentów. A propos "widzieć" – największy hałas spod sceny było słychać, gdy na ekranach pojawiał się widok najpopularniejszej z rysunkowych postaci z wirtualnego zespołu, czyli 2D. Takie czasy?
Sam lider był podobno bardziej żwawy, niż na poprzednich koncertach. Muzycy z radością bawili się swoimi instrumentami, a ich muzyka płynęła do nas najszerszym strumieniem z wszystkich na tym festiwalu – zarówno jeśli chodzi o rozpiętość gatunkową, jak i spektrum brzmieniowe (z pięknym, indyjskim wstępem w postaci "The Mountain"). Nie wszyscy byli koniec końców tak samo zachwyceni, nie brakowało mniej lub bardziej rozczarowanych. Sam miałem w trakcie koncertu pewne wątpliwości, ale z perspektywy czasu muszę uznać występ Gorillaz za muzycznie najbardziej bogaty.
Co do Williamsa słyszałem opinie, że słuchacze z pokolenia zet nie kupowali biletów na sobotę w ramach protestu, że headlinerem jest "taki stary dziad jak Robbie Williams". Ponad 30-letnie doświadczenie na scenie muzycznej ma jednak jedną duża zaletę – liczbę przebojów do wykorzystania. Robbie miał ich w zanadrzu jeszcze więcej, niż Gorillaz, ale i tak było mu mało. Dodatkowo postanowił zaserwować nam sporo piosenek znanych z repertuaru innych wykonawców. Najwięcej, choć we fragmentach, usłyszeliśmy podczas przedstawiania członków zespołu – było zarówno "Ace od Spades" Motörhead, jak i "Sweet Dreams" Eurythmics oraz... "Y.M.C.A" Village People.
Najstarsi z okolicznych mieszkańców narzekających na zakłócanie ciszy nocnej mogli odetchnąć przy dźwiękach "Hey Jude" The Beatles czy dwóch przebojów Franka Sinatry. Wokalista przypomniał swój swingujący okres z pomocą całkiem zgrabnie wykonanych "New York, New York" i "My Way". Subtelniejszych propozycji muzycznych było więcej – tłum z Williamsem śpiewał "Love My Life", "Feel" czy końcowe "Angels". Wcześniej podczas ballady "Something Beautiful" Robbie zahaczył młodą dziewczynę z kartonem oznajmiającym, że jej mama go uwielbia. Postanowił więc do mamy zadzwonić, co się udało i znakomicie wypadło jako niezaplanowana część show artysty. Pozostałe jego składniki to już były elementy spektaklu, które wykorzystuje także podczas swoich regularnych koncertów, w tym opowieści z życia rodziny albo żarty w rodzaju "oto jest Poznaniak, z którym spałem w latach 90.".
Muzycznie koncert wypadł znakomicie, instrumentaliści i dodatkowi wokaliści potęgowali wrażenie obcowania z delikatesami na światowym poziomie. Hitów oczywiście nie brakowało, choć jak na standardy melodyczne takiego festiwalu część z nich mogła być dla niektórych nazbyt łzawa.
Zostając przy przebojach – pomocą z zewnątrz posiłkowali się też panowie z Twenty One Pilots. Poza stadionowym riffem "Seven Nation Army" The White Stripes sięgnęli też po bardziej kameralny "Stolen Dance" Milky Chance. Mieli też rzecz jasna w ofercie porcję własnych gitarowych riffów, co na BitterSweet było jednak rzadką atrakcją. Scenografię mieli bardzo ognistą i niektóre z utworów również miały podobny charakter. Nawet jeśli tylko w samym brzmieniu, a nie w potędze kompozycji. Koleżanka z redakcji Eliza pewnie by się ze mną nie zgodziła. Oto jej relacja z koncertu Tylera i Josha:
Czytaj: Twenty One Pilots w Poznaniu. Zbiorowe katharsis zdartych gardeł
To chyba zresztą szerszy problem w kontekście BitterSweet. Nie da się bowiem ukryć, że te najbardziej znane utwory występujących na Cytadeli wykonawców świeciły często światłem trochę zbyt jasnym w porównaniu do reszty ich twórczości. Jakby w większości nadal zbyt młodzi, mieli zbyt mało doświadczenia, a nade wszystko zbyt mało melodii, które poniosą wielki tłum wysoko ponad drzewami. Że wśród 20 tysięcy osób pod sceną główną jakieś 15 tysięcy czeka u Odella tylko na "Another Love", u Pilotów na "Stressed Out", u Jessie J na "Price Tag", u Lorde na "Royals"...
Choć akurat ta ostatnia pokazała, jak sobie z taką klątwą jednego, ewentualnie dwóch-trzech przebojów poradzić. Największy hit, i to tylko we fragmencie, zaśpiewała na samym początku, dzięki czemu niejako zmusiła nas do skupienia się na innych atutach, które zamierzała zaprezentować. A faktycznie miała ich wiele – duża charyzma, wielka energia, mocny przekaz, wszędzie jej było pełno. Do tego soczyste, mocne brzmienie, ciekawy pomysł na filmowanie artystki, trudno było od niej oderwać wzrok. No i uszy, bo piosenki w tych warunkach wydawały się ciekawsze, niż w wersjach studyjnych.
To samo można powiedzieć o występach Leisure, Cheta Fakera (dużo więcej niż "Gold"!), czy zwłaszcza Parcels, którzy porwali nas do intrygującego tańca trzy razy mocniej, niż się spodziewaliśmy i już nie możemy się doczekać kolejnego z nimi spotkania. Na scenie głównej dała z siebie wszystko Rita Ora, którą niósł niesamowity entuzjazm wielkiego tłumu, przyjemną odmianą był jazz house’owy, subtelnie śpiewający i grający na saksofonie Charlie Jeer, a skoro jesteśmy przy muzyce tanecznej – na odwrotnym biegunie byli zupełnie niesubtelni (zarówno w kwestii muzyki, jak i niemalże erotycznych tancerek) Major Lazer, którzy zamienili mainstage BitterSweet w mainstage Ultra Festivalu w Miami czy jak kto woli: klubu Ekwador w Manieczkach. Nie obrażając tych ostatnich, którzy z tegorocznego line-upu prędzej zamówiliby melodyjne techno od Paula Kalkbrennera czy elektroniczne klasyki od Fatithless (albo nawet orkiestry Meute).
Na koniec zostawiliśmy zachwyty nad jazzowym projektem Hoshii (łapcie ich w klubach na jesień!), Blue Jazz Orchestra z Pauliną Przybysz (łapcie nawet bez Pauliny), orkiestrą Amadeus z pomocą breakbeatowego DJ-a oraz tancerzy breakdance (bardzo transowe granie w wykonaniu skrzypków) oraz samym faktem, że w takim miejscu jak popowy w większości wielki festiwal jest miejsce na jazz i klasykę. Nawet na scenie głównej, gdzie na pożegnanie otrzymaliśmy poznańskich filharmoników grających najpierw słynną smyczkową partię znaną z The Rolling Stones i przede wszystkim przeboju The Verve (o tytule, a jakże – "Bitter Sweet Symphony"), a następnie do samego końca słuchaliśmy w ich wykonaniu muzyki Fryderyka Chopina. Chociaż raz mogliśmy tych wybitnych muzyków nagrodzić niedozwolonymi w murach Auli UAM okrzykami, czy nawet gwizdami entuzjazmu. Raz w życiu można, prawda?