Były starosta - dyrektorem. Awans!
Mężczyzna umierał pod płotem 10 metrów od przychodni "Zdrowie". Lekarze zaczęli go reanimować dopiero wtedy, gdy - jak mówią świadkowie - zmusili ich do tego pacjenci i przechodnie. Karetka pogotowia przewiozła mężczyznę do Szpitala Powiatowego w Gnieźnie gdzie po reanimacji stwierdzono zgon.
Dr Jaromir Dziel, ordynator oddziału Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu w Gnieźnie, powiedział, że dopiero sekcja zwłok oceni przyczynę zgonu, jednak gdyby była wstępna diagnoza lekarza rodzinnego, pacjent miałby przynajmniej szanse na życie. Prokuratura w Gnieźnie bada sprawę pod kątem nieudzielenia pomocy przez osoby, na których ciąży obowiązek jej udzielenia. Grozi za to do pięciu lat więzienia. W przychodni lekarskiej nikt nie chciał komentować zdarzenia.
Narodowy Fundusz Zdrowia zapowiedział kontrolę w placówce. Jerzy Wachowiak z wielkopolskiego NFZ mówi, że w sytuacji ratowania życia, nie ma znaczenia, czy chory jest ubezpieczony. - Lekarz, który wykonuje swój zawód, powinien udzielić pomocy niezależnie od tego czy pacjent jest ubezpieczony czy nie, a dopiero później zajmować się kwestiami formalnymi. Przede wszystkim obowiązuje go Przysięga Hipokratesa - mówi Wachowiak.
NFZ o sprawie oficjalnie poinformuje Izbę Lekarską. To samorząd w takich sytuacjach bada zachowanie lekarza. Niezależnie od tego przychodnię skontroluje Fundusz. Dopiero po opinii Izby i na podstawie wyników własnej kontroli NFZ zdecyduje, czy zerwie kontrakt z przychodnią w Trzemesznie.