NA ANTENIE: W środku dnia
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Wodzireje bluesa

Publikacja: 31.05.2024 g.12:13  Aktualizacja: 31.05.2024 g.12:20 Ryszard Gloger
Poznań
Recenzja Ryszarda Glogera.
Rick Estrin & The Nightcats  - Okładka płyty
Fot. Okładka płyty

Spis treści:

    Na pierwszy rzut oka tytuł płyty można uznać za oksymoron. Zestawienie jednej z najlepszych koncertowych kapeli w kręgu bluesa z piosenkami przebojowymi,  jest dość dziwaczne, by wręcz niemożliwe. Blues to nie jest ten zakątek muzyki, gdzie w ogóle chodzi o tworzenie przebojów i podlizywanie się byle czym, mało wymagającemu odbiorcy. Kto zna zespół Rick Estrin & The Nightcats trochę dłużej wie, że muzycy mają poczucie humoru, bawią się muzyką i z dobrym skutkiem bawią słuchaczy. Przyjmijmy jednak, że tytuł płyty zachęci przeciętnego amatora dobrej muzyki do znalezienia tego wydawnictwa, a ten poświęci blisko 50 minut na zapoznanie się z zawartością krążka „The Hits Keep Coming”. Oczywiście bardzo szybko poczuje bluesowe wibracje, naturalne brzmienie i rozmaitość 12 utworów. Pod tym względem płyta jest świetna, każdy utwór to trochę inna stylistyka, raz króluje swing, często przewija się typowy blues lub wyskakują czasem kawałki rhythm and bluesowe lub nawet rock and rollowe. Ten przypadkowy słuchacz pozna mały zgrany zespół, w którym każdy z muzyków jest mistrzem w swojej kategorii, a razem generują charakterystyczny groove i potrafią wspiąć się na najwyższy poziom wykonawstwa.

    Po ostatniej płycie „Contemporay” amerykańskiego kwartetu, minęło 5 lat i można było poczuć pewne zaniepokojenie, co się z muzykami dzieje. Tymczasem oni grali dużo koncertów, gitarzysta Kid Andersen w domowym studiu Greaseland nagrał i wyprodukował tuzin płyt innych artystów. Po jakości zebranych kompozycji na nowej płycie, można wysnuć wniosek, że materiał był zbierany powoli i z dużym namysłem. Wszystkie kompozycje z wyjątkiem dwóch, to twórczość własna Ricka Estrina, zaś w kilku przypadkach także wkład Andersena i klawiszowca Lorenzo Farrella. Są na płycie również dwa utwory obce, jeden „Diamonds At Your Feet” Muddy’ego Watersa oraz rzeczywiście zasługujący na miano przeboju „Everybody Knows” Leonarda Cohena. Kiedy wokalista gra także na harmonijce i jest w tej kategorii znakomitym instrumentalistą, istnieje niebezpieczeństwo, że będzie dominował na płycie i przykryje grę pozostałych muzyków. W tym przypadku harmonijki jest tyle ile trzeba, czasem jest to wyszukane solo lub krótka dopowiedź na uzupełnienie śpiewu, lub ładne współbrzmienie z gitarą czy klawiszami. Podobnie sytuacja wygląda z pozostałymi solistami Kidem Andersenem na gitarze oraz Lorenzo Farrelem na organach. Wszyscy mają momenty pięknej ekspozycji, żaden nie wykorzystuje jednak partii instrumentalnych do miałkiego wygrywania dźwięków i zabierania czasu na długie popisy. To wyważenie elementów i środków muzycznych, można usłyszeć już w pierwszym bardzo energicznym utworze „Somewhere Else”. Dodatkowo sesję nagrań wzbogacono udziałem grupy wokalnej Sons Of The Soul Revivers a także głosem Charliego Musselwhite’a, który tym razem nie zabrał  do studia swojej harmonijki. Słuchacz wyczulony na grę gitarową doceni, jak płynnie i z dużą klasą poczyna sobie Kid Andersen. W dodatku instrumentalista ubarwia brzmienie, stosując rozmaite urządzenia efektowe.

    Muzyka na płycie jest bardzo dynamiczna, czasem trąca klimatem retro, by już w następnym rozdaniu przedstawić jak najbardziej współczesne oblicze bluesa. Takie jest nagranie „The Circus Is Still In Town (The Monkey Song)" pokazujące, że można klasyczny schemat bluesowy bardzo ożywić nowoczesnym podejściem. Natomiast zespół potrafi także wrócić do formatu rasowego bluesa w nagraniu „I Finally Hit The Bottom”, z przepisowymi rozwiniętymi partiami solowymi kolejno harmonijki, organów i gitary. Bardzo udana jest wersja przeboju Leonarda Cohena „Everybody Knows”, w której zdecydowanie wydobyto pierwiastek rytmicznego kołysania i linię melodyczną. Z kolei utwór Muddy’ego Watersa „Diamonds At Your Feet” muzycy odczytali w duchu standardu „My Babe” Little Waltera. O każdym nagraniu można by powiedzieć coś pozytywnego, bo na tej płycie nie ma słabych punktów. Kto lubi potańczyć, będzie na zmianę odtwarzał skoczne utwory „911” oraz „Sack O’Kools”. Prawdę mówiąc ta płyta długo będzie się kręcić w odtwarzaczu, jest w całości tak dobra, że żal odkładać ją na półkę.

    https://radiopoznan.fm/n/1MfgXY