Uwielbiam Piotra Głowackiego. To jeden z rodzimych aktorów średniego pokolenia, który – jak swego czasu Robert de Niro za oceanem, a Tadeusz Łomnicki u nas – potrafi zagrać niemal każdego i prawie wszystko. Do dziś mam przed oczami jego tyleż cyniczną i złowieszczą, ileż charyzmatyczną postać oficera SB, zagraną w tragikomedii Waldemara Krzystka „80 milionów”.
Do roli Tadeusza Pietrzykowskiego (ps. Teddy), przedwojennego pięściarza, mistrza Warszawy i wicemistrza Polski w wadze koguciej, Głowacki przygotowywał się szczególnie. Ciało swe – jak donosiły media i potwierdzał sam aktor – poddawał ćwiczeniom przez kilkanaście miesięcy. I nie da się ukryć, że z rewelacyjnym skutkiem: fragmenty walk z jego udziałem są nieledwie majstersztykiem. Głowacki nieźle porusza się po zaimprowizowanym ringu i bezbłędnie balansuje ciałem. Jest wyraźnie lepszy niż hollywoodzki gwiazdor Sylvester Stallone (jako osławiony Rocky Balboa) i chwilami nie gorszy niż nadmiernie naturalistyczny „wrestler” – z oscarowej kreacji Mike’a Rourke. Niewątpliwym atutem Głowackiego, nie tylko przecież filmowym, jest inteligencka twarz, na której malują się różne uczucia i wyższe stany skupienia.
Wybór akurat tego aktora na odtwórcę roli dżentelmena ringu i przedwojennego króla uników, a powojennego trenera i nauczyciela, był strzałem w „dziesiątkę”.
Reżyser Maciej Barczewski, dokumentalista i uznany twórca krótkiego metrażu („Mistrz” to jego pierwszy pełnometrażowy film fabularny), zadbał o detale, odpowiednio naświetlone kadry i właściwe prowadzenie kamery. Dopilnował też, by końcowy montaż dzieła nie mógł się spotkać ze słowami krytyki.
I tylko napisany przezeń scenariusz powinien być nieco lepszy: obrazowi przydałoby się więcej dramaturgii, a dialogi wypadłyby bardziej przekonująco, gdyby mniej odzwierciedliło się w nich grzecznościowych zasad savoir-vivre’u i deklaratywnego patosu.
Z drugiej jednak strony – nie narzekajmy, bo mniej więcej do połowy film ogląda się znakomicie.
Oto grany przez Głowackiego Pietrzykowski wraz z pierwszą grupą więźniów trafia do inicjującego właśnie swą ludobójczą działalność obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Wspólnie z bohaterem (nr obozowy 77) jesteśmy świadkami powstawania nad wyraz sprawnie działającej fabryki śmierci – i z mieszaniną grozy i odrealnienia patrzymy na kolejne transporty Żydów sunące prosto do gazu.
Bladosine, niemal trupie światło z początku filmu, kontrapunktowane sielską i ciepłą sepią w ujęciach będących reminiscencjami z przedwojnia, nabiera żywszych kolorów w trakcie rozwoju akcji – akurat wtedy, kiedy przed bohaterem pojawia się nikła szansa przeżycia. Wypatrzony przez przychylnego mu niemieckiego kapo (Piotr Witkowski), staje do walk na pięści – w sumie stoczy ich w Auschwitz kilkadziesiąt – by przetrwać, a funkcjonariuszom obozowym dostarczyć rozrywki.
Jego bokserskie pojedynki przynoszą mu rozgłos, wlewając przy okazji otuchę w serca współwięźniów i podnosząc ich zwiotczałe morale. „Jak żeś tego kapo lał, cały lager słyszał” – szepce do niego lekarka w ambulatorium, zszywając mu rozbity łuk brwiowy. „Walczysz dla nas, za nas” – dopowiada z kolei Janek, nastoletni osadzony, którego Teddy ratuje od śmierci głodowej i zapalenia płuc.
Z czasem wygrywanym dzięki walkom chlebem, a okazjonalnie również jabłkami i kiełbasą, dzieli się ze swoimi braćmi w niedoli. Staje się nawet ważną postacią wewnątrzobozowego ruchu oporu.
I chociaż w przełomowej, nieznośnie patetycznej scenie prawie umiera – kiedy faszystowscy żołdacy wieszają go za ręce, a z szyi zwisa mu tablica z inskrypcją „Meister” (czym jako żywo przywodzi na myśl figurę Chrystusa ukrzyżowanego) – ostatecznie swoją walkę w Auschwitz wygrywa.
Opuszcza obóz w glorii niepokonanego, czempiona wszech wag. Zdobywa uznanie nie tylko w oczach rodaków, ale również niektórych Niemców.
Przeniesiony do innego obozu na żądanie tamtejszego komendanta, będzie toczył jeszcze dalsze walki o życie, które finalnie wygra, a po wojnie – widzimy to w scenie epilogu – zostanie trenerem.
Film warto obejrzeć z kilku powodów – choćby znakomitej gry aktorskiej i umiejętnego prowadzenia przez reżysera postaci, które w sumie okazują się wielowymiarowe. Jednak tym, co szczególnie wydaje się cenne w obrazie Macieja Barczewskiego, jest przekonanie, że o człowieczeństwo należy bić się w każdych okolicznościach.