W najnowszej powieści sensacyjnej ponownie z napięciem będziemy trzymać kciuki za dziennikarza śledczego, pracującego w telewizji Rafała Terleckiego, który jest już trochę zmęczony robieniem kosztownych i czasochłonnych reportaży. A z poprzednich historii wiemy, że te reportaże oznaczały niekiedy męczące wędrówki po Europie, choćby do Watykanu. Terlecki woli skupić się na wywiadach, na publicystyce...
Niespodziewanie jednak na jego dziennikarski warsztat trafia zagadka pewnego oficera rosyjskiego, zwerbowanego przez Urząd Ochrony Państwa, tuż przed wycofaniem wojsk sowieckich z Polski.
Wartka akcja od samego początku, w której jest bardzo gęsto od dobrych dialogów, ciekawych postaci i nawiązań do historii. Czyta się szybko i z wielką przyjemnością, podobnie, jak w przypadku "Operacji monastyr". A do tego autor także zręcznie nawiązuje do czasów późnego PRL i początków transformacji, z licznymi "wschodnimi" nawiązaniami.
Z czym tym razem będzie musiał zmierzyć się główny bohater? Już na samym początku Piotr Gajdziński podpowiada nam, że to będzie coś dużego. W tym sensie nasz śledczy jest trochę jak James Bond - stawiane mu są najtrudniejsze zadania, a jego redakcyjny przyjaciel i przełożony trochę mi przypomina bondowskiego "M". Z tą oczywiście różnicą, że w świecie Fleminga i późniejszych filmów z 007 mieliśmy świat szpiegów - tu de facto - mamy środowisko dziennikarzy.
Ale i agentów w tej historii nie brakuje, podobnie jak świata polityki, w tym współczesnej gry wielkich mocarstw. Bo nasz bohater wybiera się chociażby do pewnego profesora, by porozmawiać z nim o Chinach. Więcej nie zdradzam, gorąco polecam.
Jakiś czas temu Piotr Gajdziński czytał w studiu Radia Poznań fragmenty wspomnianej wcześniej "Operacji Monastyr", która to książka była naszym Tytułem Tygodnia. Autor jest związany ze stolicą Wielkopolski, tutaj studiował i pracował.