Uwaga na szerszenie! Tragedia w gminie Połajewo
Po pierwsze przyciągał uwagę chropawy, czarny głos wokalisty Kelly’ego Jonesa. Oczywiście sam śpiew nie wystarczał. Wokal unosił jednak świetną muzykę, mniej w stylistyce brit popu, a bardziej rocka alternatywnego, mocno osadzonego w tradycji brytyjskiej klasyki rockowej. Nie zliczę, ile razy brałem w podróż samochodem kolejne płyty Stereophonics. Były to krążki „Word Gets Around”, „Performance And Cocktails”, „You Gotta Go There To Come Back”, „Graffiti On The Train” czy „Keep The Village Alive”. Tych płyt było znacznie więcej, ostatecznie cała dyskografia zespołu składa się z kilkunastu pozycji i ogólny nakład sprzedanych płyt Walijczyków przebił już dawno 12 milionów.
Najnowszy album ma tytuł, który nie da się od razu zapamiętać: „Make ‘Em Laugh, Make ‘Em Cry, Make ‘Em Wait”. Okładka kojarzy się z karteczką i pospiesznie zapisaną myślą. To bardzo osobista płyta lidera Kelly’ego Jonesa, który poleciał prywatnie do Nowego Jorku, odwiedzał galerie sztuki i ten czas przekształcił we własną twórczość. Płyta jest krótka, trwa raptem 30 minut i jak Jones twierdzi, jest to intencjonalne. Na krążku znajduje się 8 utworów, w sumie mieszanka piosenek o bardzo różnym charakterze. Mało jest elementów typowych dla zespołu.
W otwierającym płytę utworze „Make It On Your Own” przez rockowe gitary i perkusję przebija się kwintet smyczkowy. Później akcent przesuwa się na instrumenty klawiszowe, by w zamykającym płytę nagraniu „Feeling Of Falling We Crave” przykuwały uwagę dźwięki lap steel guitar, prosto z instrumentarium muzyki country. Płyta zaczyna się zamaszyście, muzyka przypomina typowe brzmienie Stereophonics z lat 90-tych. Bardzo dobrze odbiera się nagranie „There’s Always Gonna Be Somethin’” z lekkim rytmem, trochę rozkołysanym, który wcale nie przechodzi w refren, lecz płynie sobie, ubrany w partie gitary elektrycznej. Fantastyczny jest następny kawałek „Seems Like You Don’t Know Me”, skrzyżowanie rosnącego napięcia z nutką nostalgii. Tu znowu trochę inne brzmienie, bardzo miękkie, tworzone głównie przez gitary akustyczne.
Krótki czas trwania płyty wywołuje pewien niedosyt. Dopiero potem odbiorca nabiera pewności, że na płycie nie ma słabego utworu i nikt chyba nie odważy się pominąć chociażby jednego. Po pełnej liryzmu piosence „Colours Of October”, następuje ostry zwrot w stronę blues-rocka w nagraniu „Eyes Too Big For My Belly”. Na kilka minut wraca ostre, szorstkie brzmienie dawnego Stereophonics, jednak nie wprost. Wkomponowano w to nagranie znowu smyczki, a podziały rytmiczne pod koniec mogą się kojarzyć z zespołem Led Zeppelin.
Muzyka i śpiew Kelly’ego Jonesa niosą duży ładunek optymizmu, nawet jeśli często pojawiają się elementy refleksji egzystencjalnych i niepokojącego upływu czasu. Jak zawsze śpiew lidera jest magnetyczny. Głębszy niż zwykle emocjonalizm artykułowany na płycie, bardzo ją wyróżnia i dobitnie świadczy o tym, że to w dużym stopniu autorska płyta samego Kelly’ego Jonesa, pod dobrze znaną winietką Stereophonics.