NA ANTENIE: LOSE LOSE/AARON ROWE
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
SŁUCHAJ RADIA ON-LINE
 

Gitarowy spektakl Joe Bonamassy - recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 25.07.2025 g.13:01  Aktualizacja: 25.07.2025 g.12:52 Ryszard Gloger
Poznań
Złośliwe i nienawistne komentarze prawie o każdym artyście, można znaleźć bez trudu w internecie. Jest chyba nawet tak, że kąśliwe lub jadowite słowa są wprost proporcjonalne do popularności obiektu takich opinii. Gigant współczesnej gitary Joe Bonamassa jest nie tylko obiektem komplementów i zachwytów, lecz również marudzenia i bezmyślnych ataków. Bo czyż ma sens krytyka tego, że muzyk gra na najwyższym poziomie? To nie ma sensu, ale pisać można, nikt nie zabroni.
Joe Bonamassa „Breakthrough” - okładka płyty
Fot. okładka płyty

Spis treści:

    Inna „złota myśl” głosi, że Joe Bonamassa za dużo nagrywa płyt i zbyt często koncertuje. Słyszę to co jakiś czas, od przypadkowo spotkanych ludzi na moich festiwalowych trasach w całym kraju. Ostatnio dowiedziałem się od nowego znajomego, że Joe Bonamassa bez przerwy u nas koncertuje. Rzeczywiście w maju zagrał solo w Warszawie, a 6 tygodni później zjawił się w Dolinie Charlotty z super grupą Black Country Communion. Skoro za często występuje, idąc tokiem myślenia malkontenta, artysta powinien przyjechać znowu jesienią albo zimą.

    Mam dobrą wiadomość. Jest nowy powód do marudzenia. Gitarzysta nagrał płytę studyjną zatytułowaną „Breakthrough” (Wyłom). Graficznie okładka wydawnictwa przypomina album „Time Clocks” sprzed czterech lat. Autor obu okładek ten sam - Hugh Syme. Jednak na płycie „Time Clocks” rozbita klepsydra na okładce i ledwie widoczna sylwetka człowieka były ilustracją muzyki, dla której czas i przestrzeń właśnie się otwarły. W przypadku najnowszego albumu, odczytuję okładkę jako próbę znalezienia przejścia z przeszłości do teraźniejszości.

    Rzeczywiście Joe Bonamassa wraca do bluesa, lecz nie poprzez prezentowanie własnych wersji znanych utworów jak na płycie „Blues Deluxe Vol.2”, lecz dzięki wykonaniu premierowych kompozycji. Słuchamy 10 utworów, wszystkie są autorstwa gitarzysty lub jego współautorstwa. Płytę nagrano w kilku różnych studiach, a zmiksował materiał dźwiękowy jak zwykle Kevin Shirley, który jest także producentem całości. Co ciekawe gitarzysta jedną sesję nagrań odbył na wyspie Santorini, gdzie – jak pamiętamy – powstała 15 lat temu płyta „Black Rock”.

    Po projektach z orkiestrą symfoniczną, graniem coverów dostaliśmy absolutnie premierowy materiał. Joe Bonamassa nie zaprosił żadnych gości, zrealizował płytę ze stałą grupą muzyków, z którymi zwykle koncertuje. Nie ma sekcji dętej, nie słychać żadnych oryginalnych instrumentów. W składzie instrumentalnym dwie gitary, klawisze, bas, perkusja i czasem dodatkowo żeński chórek. Czysty współczesny blues-rock, tu i ówdzie z dodatkiem soulu lub bardziej osadzony w klasycznej formie bluesa.

    Zacznijmy od tego, że mamy na płycie bardzo dobre i rewelacyjne kompozycje. Ich współautorami jest kilku stałych przyjaciół James House, Tom Hambridge i Kevin Shirley. Każdy utwór wnosi coś innego, raz jest to chwytliwy riff gitary lub rytm shuffle, kiedy indziej ciekawy wątek melodyczny. Są utwory o kompaktowej strukturze, w których gitara Bonamassy wciska się na kilka sekund między śpiew, albo utwory w wolnym rytmie, gdzie na pewno odbiorca usłyszy długie, obfite w przebiegi solo instrumentalne.

    Na początek tytułowy utwór „Breakthrough” jest niczym przetworzenie archaicznego bluesa z Delty. Joe Bonamassa śpiewa, grając jednocześnie melodię na gitarze. Dynamiczny, motoryczny beat napędzają piosenkę „Trigger Finger”. Nagranie „I’ll Take The Blame” to klasyczny blues elektryczny, gdzie o mocy i efektownym brzmieniu, decyduje precyzja i styl gry całej kapeli. Świetnie i zdecydowanie kołysze nagranie „Drive By The Exit Sign” z bonusem w postaci solówki gitarowej wykonanej slidem. Potem delikatne i z determinacją wchodzi utwór „Broken Record”, autorstwa samego Bonamassy. Utwór powoli narasta, czuć napięcie podsycane grą Reese’a Wynansa na organach Hammonda. Prawie siedmiominutowy utwór ma epicki, dramatyczny rozmach i pewnie znajdzie stałe miejsce na koncertach artysty. Solo gitary z kategorii przepięknych.

    Utwór „Shake This Ground” zaczyna się niewinnie rytmem gitary akustycznej i to chyba na płycie jedna z najbardziej przebojowych piosenek. Lekka, w dobrym guście. Melodyjny blues w średnim tempie „Life After Dark” to kolejna pozycja w katalogu charakterystycznych kawałków gitarzysty, ze spektakularną solówką instrumentalną. Pod koniec płyty niespodzianka. W zawrotnym rytmie rock and rolla nagranie „You Don’t Own Me”. Tu także gitarzysta daje upust ekspresji instrumentalnej, grając z rockową determinacją. Zamykający płytę utwór „Pain’s On Me” jest niczym postawienie wyraźnej bluesowej pieczątki na całej zawartości muzycznej.

    Na 17-tej płycie studyjnej Joe Bonamassy doczekaliśmy się śpiewu, zupełnie bez zastrzeżeń. Muzyk swobodnie panuje nie tylko nad głosem i jego barwą, lecz również nad interpretacją tekstów utworów i ekspresją śpiewu. Promocyjne zapowiedzi płyty „Breakthrough” podkreślały, że to „najlepsza jak dotąd pozycja w karierze artysty”. Na tę chwilę mogę zdecydowanie to potwierdzić. Z dużą przyjemnością.

    https://radiopoznan.fm/n/stHMK9